wtorek, 24 marca 2015

MARIUSZ KUROWSKI. "ku Gociewiu" (Aż ciśnie się na usta: gdzie Rzym, gdzie Krym?) - cz. 1

"ku Gociewiu"


Pan Bogdan Kruszona opublikował w 2013 roku w wydawnictwie Bernardinum książkę pt. "Kociewie czy kociołki" 1. Książka byłaby jedną z wielu o historii Kociewia, gdyby nie kontrowersyjne wnioski, jakie autor wyciąga na podstawie analizy meldunku ppłk. Józefa Hurtiga (nie Hurtyga!) datowanego na 10 lutego 1807, a adresowanego do gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Mówię tutaj o rozdziale "V. Nowa analiza starych dokumentów" na stronach 51 do 60. Wnioski te tak się różnią od tego, co dotychczas było wiadomo na ten temat, że nie mogłem na nie pozostać obojętnym. A cóż takiego kontrowersyjnego jest w nich zawarte? "Dokument ppłk. Hurtyga z 10 lutego 1807 r. do gen. Dąbrowskiego zawierający w nazwie Gociewie nie dotyczy w żaden sposób terenów Kociewia określanych i wyznaczanych w dostępnych publikacjach do dnia dzisiejszego." 2. Jakby tego było mało, pisze, że "Podobnie jest z Gociewiem, którego lokalizacji należy szukać w okolicach Malborka." 3. Aż ciśnie się na usta: gdzie Rzym, gdzie Krym? Książka ta za kilka lat może być cytowana jako źródło wiedzy o Kociewiu i wnioski w niej zawarte będą powielane jako jedynie słuszne. A nie są słuszne! Autor skupił się na analizie meldunku, ale przyjął błędne założenia o tym, co wiedzieli lub mogli wiedzieć oficerowie (ppłk Józef Hurtig był adiutantem gen. Jana Henryka Dąbrowskiego). Meldunek należy czytać dokładnie tak, jak został napisany i nie wybiegać w dywagacjach poza to, co w nim jest zawarte. Pułapka w próbie interpretacji polega na tym, że pan Bogdan próbuje go zrozumieć przez pryzmat tego, co on wie o Kociewiu (Gociewiu), a nie, co wiedział ppłk. Józef Hurtig. A według mnie o Gociewiu Hurtig nie wiedział absolutnie nic. Nazwa ta nic mu nie mówiła! Postaram się to w dalszej części udowodnić.

Aby poprawnie zinterpretować ten meldunek, należy najpierw spróbować zrozumieć całość taktyki wojsk polskich, sposobu raportowania, jak również wydarzeń, jakie działy się na tych terenach. Janusz Staszewski 4 w 1933 roku opublikował nakładem Towarzystwa Naukowego w Toruniu książkę "Źródła wojskowe do dziejów Pomorza w czasach Księstwa Warszawskiego część I Zajęcie Pomorza 1806/7 r." 5. Dlaczego ta publikacja jest taka ważna? Ano dlatego, że jest ona zbiorem meldunków, rozkazów i korespondencji Jana Henryka Dąbrowskiego pomiędzy nim a jego oficerami, dowódcami wojsk powstańczych uczestniczących w kampanii pomorskiej. Czym była kampania pomorska? Była ona częścią Powstania Wielkopolskiego 1806 roku 6, jednego w czterech powstań polskich, jakie zakończyły się wygraną. Wygraną, jaka nie byłaby możliwa bez udziału i współdziałania z wojskami francuskimi Napoleona, które najpierw zajęły Berlin, a następnie skierowały się m.in. na Poznań i Warszawę w końcu zajmując tereny Prus.



No dobrze, ale co miało wspólnego powstanie Wielkopolskie z Pomorzem? Dlaczego w ogóle wojska polskie pod dowództwem Jana Henryka Dąbrowskiego znalazły się właśnie tutaj? Aby to zrozumieć, należy przywołać mapę 7 tych terenów opracowaną przez von Schroettera w latach 1802-12. (Mapa jest przywołana tylko do celów poglądowych, Jan Henryk Dąbrowski jej nie znał w czasie, o którym mowa!) Po pasmach porażek i przegranych bitew wojska pruskie cofnęły się na Pomorze i do Prus. Na tych terenach istniały trzy główne ośrodki oporu pruskiego: twierdze w Grudziądzu, Kołobrzegu i Gdańsku. Twierdza grudziądzka była zdobywana przez wojska francuskie przebywające na prawym brzegu Wisły i blokowana przez wojska polskie rozlokowane na lewym brzegu Wisły. Ten podział na prawy i lewy brzeg Wisły jest bardzo ważny, ponieważ rzeka w naturalny sposób stanowiła linię podziału pomiędzy wojskami i tak właśnie wynika to z analizy meldunków. Wojska pruskie natomiast operujące z twierdzy gdańskiej miały pełną swobodę działania na terenie całego Pomorza Gdańskiego, Żuław i terenów dzisiejszego (tak jak dzisiaj je znamy) Kociewia, ponieważ najpierw należało zająć te tereny, następnie zablokować Gdańsk i zdobyć go. Twierdza kołobrzeska natomiast była zdobywana przez wojska francuskie. To właśnie wojska polskie, podporządkowane i współdziałające z wojskami francuskimi, miały za zadanie opanować tereny dzisiejszego Kociewia. Walczyć ze sobą miały dwa wojska: pruskie, tracące teren jak również żołnierzy w wyniku dezercji, i polskie, starające się ustanawiać własną administrację, organizujące ciągle swoje oddziały, zaciągające rekrutów, konie do kawalerii i transportu armat oraz cierpiące na niedostatek broni i ładunków do niej. Wojska polskie miały działać frontem w kierunku Gdańska z punktem koncentracji w rejonie Bydgoszczy z jednej strony i oparte o Wisłę (Świecie, Nowe, Gniew) a z drugiej strony o Koronowo, Tucholę i Chojnice. Jak wyglądało kalendarium tych działań?

5 stycznia gen. Dąbrowski w Warszawie wydał rozkaz (42. strona 61) o koncentracji wojsk w rejonie Bydgoszczy. Wcześniej już 4 stycznia gen. Kosiński zajął Świecie (40. strona 59). W następnych dniach trwało zajmowanie kolejnych wiosek i miejscowości tak, aby utworzyć kordon, linię wojsk w celu przeciwdziałania wypadom wojsk pruskich w kierunku Bydgoszczy i Wielkopolski. Centrum logistycznym i aprowizacyjnym dla wojsk stało się Świecie (22 stycznia, 71. strona 102). Do 29 stycznia zajęte zostały: Nowe, Gniew, Tuchola, Chojnice, Skarszewy, Starogard Gdański i Tczew. 29 stycznia wskutek wycofywania się Francuzów na prawym brzegu Wisły i przerwania oblężenia Grudziądza także gen. Dąbrowski wydaje rozkaz o wycofaniu się wojsk polskich za Czarną Wodę (rzeka Wda) i w kierunku Świecia (152. Strona 185). Po rezygnacji przez Francuzów z blokady Grudziądza mógł się spodziewać ataku Prusaków spoza Wisły i odcięcia swoich wojsk od Świecia. Kolejnym punktem zwrotnym tej kampanii był 10 lutego, kiedy to gen. Dąbrowski otrzymał wiadomości o ponownym oblężeniu Grudziądza przez Francuzów (269. strona 277). Ważną datą są także dni 7-8 lutego, czyli dzień bitwy pod Iławą Pruską, gdzie Napoleon zmusił wojska rosyjsko-pruskie do odwrotu. Do 10 lutego wieści o tej bitwie dotarły już prawdopodobnie do Gdańska i dalej do oddziałów pruskich na dzisiejszym Kociewiu i stały się przyczyną ich wycofania.


A zatem jak dobrze oficerowie gen. Dąbrowskiego znali tereny, na jakich walczyli? Okazuje się, że niezbyt dobrze, a mapy, którymi się posługiwali nie były tak dokładne jak mapa von Schroettera. Oto co pisał gen. Dąbrowski do gen. Kosińskiego 24 stycznia "…Ponieważ mapy tak fałszywe, że żadną miarą w żadnej operacji na nie spuścić nie można…" (89. strona 118). "…Pytaj się jego, czy niema mapy rysowanej departamentu mareinwerderskiej (kwidzyńskiego)…" (89. strona 119). Z kolei gen. Kosiński do gen. Dąbrowskiego 25 stycznia "Niech Generał będzie łaskaw zaleci w swojej kancelarji, ażeby o jednym miejscu pisząc jednostajnie go nazwali, w dzisiejszym rozkazie Starogard i Stargard nieumiejącemu po niemiecku zrobił ambaras." i dalej "Będę się starał z Bystramem złączyć, lecz o Zelgorzu (chodzi o Zelgoszcz) nikt nie wie". Gen. Dąbrowski 26 stycznia do kamery (zarządu) kwidzyńskiej "Proszę takoż prześwietną kamerę, aby kazała natychmiast kopiować dla mnie mapy departamentu swego, które się znajdują po wszystkich stolicach departamentowych" (105. strona 138). Wielokrotnie też opisując swoje położenie określają je poprzez zapisanie, ile to mil (pruskich, równych około 7,5 km) jest względem innych miejscowości. Wniosek jest zatem taki, że musieli polegać na niedokładnych mapach, ewentualnie rysować je sami dla swoich potrzeb, jeśli urzędy miejscowe nie były w stanie ich dostarczyć. Problemem były także niemieckie i polskie nazwy miejscowości, jak również ich wymowa (Zelgorz, Zelgoszcz). Bardzo często stosowali je zamiennie, aby były zrozumiałe dla adresatów meldunków. Podejrzewam, że podobnie mogło być z nazwą Gociewie (Kociewie). Głoski "g" i "k" są na tyle podobne do siebie, że jeśli wymawia je osoba z akcentem, to mogą być zniekształcone. A narodowości na tych terenach było dużo [Polacy, Niemcy, Żydzi, Holendrzy (Olendrzy)] i z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nie wszyscy byli w stanie poprawnie posługiwać się językiem polskim.

Jakie były relacje żołnierzy polskich i ludności miejscowej? Czy mogli liczyć na ich przychylność? Gen. Dąbrowski bardzo dbał o to, żeby mieszkańcy niezależnie od narodowości nie czuli się skrzywdzeni przez wojska. Niejednokrotnie karał za rabunki. A nieliczne sytuacje, kiedy pozwalano żołnierzom grabić, zawsze były związane z oporem zbrojnym, jaki stawiali mieszkańcy miast. "Odezwa gen. Dąbrowskiego do Holendrów i wszystkich rodu niemieckiego mieszkańców na polskiej ziemi" z dnia 1 lutego (184. Nowe, strony 210-212) wymownie świadczy o tym. Obiecuje, że ludność miejscowa traktowana będzie jednakowo dobrze niezależnie od narodowości. Spośród ludności rekrutowano także szpiegów, którzy donosili o ruchach wojsk i innych sprawach. "Żyd, Józef Manche ze Świecia, zawsze używany od p. Dziewanowskiego pułkownika za szpiega; przed kilku dniami wysłał go tenże p. Dziewanowski pod pretekstem o rekwizycją do Nowego, gdzie mu magistrat miejski kazał przenocować. W nocy przyszła komenda pruska i zabrała go do Gdańska i jest tedy domysł, że Prusacy o nim musieli być uwiadomieni, ile że prosto do tego domu, gdzie on nocował, po niego zajechali. Ten nieszczęśliwy zostawił tu żonę i dzieci, bez sposobu życia." (115. Świecie, 26 stycznia, strona 150). Wiele cennych informacji uzyskiwano poprzez przepytywanie miejscowych i podróżnych.


Kolejna sprawa to pytanie o odległość, jaką była w stanie pokonać piechota i kawaleria w warunkach zimowych. W rozkazie z Warszawy dnia 5 stycznia dotyczącym koncentracji wojsk pod Bydgoszczą gen. Dąbrowski wyznaczył ją bardzo wyraźnie: dzienne 2 do 4 mil pruskich (15 do 30 km) (42. strona 63). W warunkach bojowych dystans ten mógł być różny, ale trzeba pamiętać o tym, że piechota nie była używana do zwiadu, ale co najwyżej patrolowania brzegów Wisły i najbliższej okolicy miejsca postoju. Do zwiadu na dalsze odległości była używana kawaleria. Jednak promień działania także nie był dużo większy. Prawdopodobnie dziennie mogła przebyć około 5-10 mil (42 do 75 km). W jednym z meldunków gen. Kosiński donosi, że "Tym tylko sposobem 10 mil w jednym dniu ujechać potrafię" (157. strona 190). W warunkach bliskiej obecności przeciwnika dowódcy liniowi wysyłali patrole na bliskie odległości tak, aby mieć rozpoznanie terenu i działań przeciwnika. Siłą rzeczy promień działania takiego patrolu nie mógł być zbyt duży, ponieważ ich zadaniem nie było podjęcie walki, ale rozpoznanie sił wroga i miejsc jego pobytu.

Jeśli chodzi o Malbork, to pojawia się on w dwóch meldunkach. Jeden (112 Gniew strona 147), płk. Dziewanowskiego, mówi o tym, że Francuzi po drugiej stronie Wisły (prawej) podeszli do Malborka i Kiszporka potykając się z Prusakami i zwyciężając ich. Drugi (314. z 15 lutego) mówi o patrolach strzegących dróg na Gniew, Starogard, Gdańsk i właśnie Malbork. Malbork i jego okolice nigdy nie były celem wojsk polskich! Na prawym brzegu operowali Francuzi i to oni jedynie potrzebowali mieć rozpoznanie tego terenu. Gen. Dąbrowskiego interesował lewy brzeg Wisły, prawy natomiast tylko w kontekście doraźnego zagrożenia od Prusaków. Jedynie Kwidzyn z racji podziału administracyjnego (powiat obejmował także tereny po lewej stronie Wisły) mógł wyłamywać się z tego schematu. Nie znalazłem też żadnego meldunku, który by informował o sytuacji w okolicach Malborka. Ani przed ani po dacie 10 lutego 1807 roku. A skoro patrol został wysłany, to jakiś ślad w meldunkach musiałby pozostać.

Stan Wisły i możliwość jej przejścia bardzo interesował gen. Dąbrowskiego i dopominał się o meldunki na ten temat. Ale z kontekstu rozkazów i meldunków wynika, że chodziło o ewentualne zagrożenie ze strony wojsk pruskich i przeciwdziałał temu rozstawiając straże i wysyłając patrole wzdłuż rzeki. Oto niektóre z nich: "Już Wisła zaczyna stawać tak, że już ludzie przechodzą pojedynczo." (101. Nowe, 26 stycznia, strona 134). "Wisła, aż do montewskiej szpicy jest zamarzła, od szpicy do Tczewa jest otwartą, za Tczewem aż do Gdańska znów stoi." (110. Gniew, 26 stycznia, strona 143). "Uwiadomniono mnie natychmiast, że tu znajdują się Prusacy, lecz posławszy mocne patrole nad przewóz pokazało się, że tu nie było, jak tylko 3 dragonów, którzy zatrudniali się usłaniem słomą ścieżki przez Wisłę i ci na zbliżenie się patrolu wystrzeliwszy z pistoletów uciekli. Mieszkańcy tutaj powiadają, że tu widzieli dnia wczorajszego 38 Prusaków, oprócz wspomnianych 3 dragonów, z których jedni powiadali, że tędy regiment kawalerji, a drudzy, że 3 kompanie piechoty przeprawić się mają równo ze świtem." [179. Munsterwalde (Opalenie), 31 stycznia, strona 206]. I najważniejszy, bo dotyczący stanu Wisły w dniu napisania meldunku przez Hurtiga: "Dnia 10 lutego przeprawiło się naszych przez Wisłę ludzi sto pięć. Miejscami był lód słaby, że konie wpadały. Widząc to, nasi szukali innego miejsca do przeprawy i dotąd nie przybyli." (291. Rudnik strona 289). Wynika z tego, że owszem, Wisła była możliwa do przeprawy, ale nie było to łatwe i patrol pozostający na prawym jej brzegu łatwo mógł zostać przechwycony i wzięty w niewolę. Ostatni opis dotyczy przeprawy pod Grudziądzem w dniu zdobycia twierdzy grudziądzkiej i w sytuacji dobrego rozpoznania terenu. Inaczej to wyglądało pod Nowem.

Skoro już dotarliście do tego momentu, to czas najwyższy na przywołanie pełnego tekstu meldunku ppłk. Hurtiga. Większość ludzi zna tylko fragment o wysłaniu patrolu ku Gociewiu. Niewielu zna pełen tekst meldunku.

Oto on:

"Nowe, 10 lutego 1807.

Ppłk. Hurtig do gen. Dąbrowskiego.

Stanąłem w tym momencie tutaj. Prusaków miało być 400 do 500 wszystkiego i mieli armaty, wczoraj rano wymaszerowało 200 ludzi, a wieczór reszta, wszyscy poszli do Gniewu, o czem mam pewną wiadomość, bo mówiłem z ludźmi, którzy ich żołnierzy odwozili i spotkałem powracających.

Zostawiam tak kawalerję płk. Dziewanowskiego jako i piechotę w mieście, dopóki dalszych rozkazów nie odbiorę. Skoro konie wytchną, pójdą dwa patrole: jedna ku Gociewiu [?], a drugi ku Starogardowi. W Starogardzie ma się 200 Prusaków znajdować.

Hurtyg, ppłk.

Mówią, że wszystkie wojska pruskie będące w tych okolicach, dostały rozkaz cofnąć się aż do Gdańska."


Zastanówmy się, co takiego Hurtig napisał w tym meldunku. Nie miał powodu kłamać, fantazjować, bo straciłby wtedy zaufanie swojego szefa, gen. Dąbrowskiego. Przekazywał to, co wiedział i w taki sposób, żeby być zrozumianym. Dlaczego użył słowa "Gociewie" i co ono oznacza? Zapomnijmy przez chwilę, że wiemy, co to jest Kociewie i jakie jest jego dzisiejsze położenie. Postawmy się w sytuacji oficera, który przepytuje ludzi, którzy powrócili po odwiezieniu żołnierzy pruskich i mówią mu, gdzie ich odwozili, w jakim kierunku. Dlaczego stosuje dwie nazwy Gniew i Gociewie? Gniew przewija się ponad 70 razy na 394 meldunki, natomiast Gociewie tylko raz, ten jeden jedyny. Otóż Hurtig usłyszał tę nazwę być może po raz pierwszy i potraktował ją tak, jak każdy wojskowy by ją potraktował. Gociewie to nazwa miejscowości, wioski, a nie krainy geograficznej rozumianej tak jak mogłoby się to dzisiaj wydawać. Nigdy wcześniej ani później w żadnym meldunku nie wysyłano patroli na Żuławy ani Kaszuby, zawsze jest wskazane konkretne docelowe miejsce, wieś czy też miasto. Jeśli jest mowa o Żuławach, to np. w kontekście zbierania zaopatrzenia z kilku wiosek leżących na Żuławach lub też wysłania patrolu do Tczewa a później na Żuławy. Dla ludzi miejscowych określenie Gociewie było zrozumiałe, natomiast dla Hurtiga już nie. Moim zdaniem doszło do pomyłki Hurtiga w rozumieniu tego, co ludzie odwożący żołnierzy mu przekazali. Oni mówili o regionie, dosyć niewielkim w tamtych czasach, natomiast on potraktował to jako nazwę wioski! On chciał wysłać patrole w ślad za Prusakami, a ci z kolei nie mogli z armatami przeprawiać się przez Wisłę, rozdzielać siły, ponieważ armaty były zbyt cenne, żeby je stracić podczas przeprawy. A nie byli w tym czasie postawieni pod ścianą, nie musieli ewakuować się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia wojskami polskimi. Rozdzielili swoje siły tylko po to, żeby wysłać przodem armaty z osłoną piechoty, natomiast straż tylną stanowiła druga grupa osłaniała odwrót zatrzymując ewentualny atak. Pozostawienie armat w Gniewie także nie wchodziło w grę, ponieważ były one potrzebne do obrony bardziej ufortyfikowanych miast jak Tczew czy Gdańsk.

Ten dopisek na końcu o rozkazie cofnięcia się aż do Gdańska wskazuje na to, że mogli wybrać najkrótszą drogę do Gdańska, która prowadzi przez… Pelplin. Sam autor publikacji Janusz Staszewski także sądził, że Gociewie to zniekształcona nazwa wioski, dlatego opatrzył nazwę pytajnikiem [?] i umieścił w wykazie miejscowości na końcu książki. Podejrzewam, że mianem Gociewia (Kociewia) określano teren kilku wiosek pomiędzy Ropuchami na północy a Królów Lasem na południu, czyli tereny dzisiejszej gminy Morzeszczyn. Jest wiele poszlak wskazujących, że chodzi dokładnie o ten obszar, ale to już temat na oddzielny artykuł.


1 http://pl.scribd.com/doc/168957473/Kociewie-czy-kocio%C5%82ki-szary-150dpiscribd

2 http://pl.scribd.com/doc/168957473/Kociewie-czy-kocio%C5%82ki-szary-150dpiscribd strona 60

3 http://pl.scribd.com/doc/168957473/Kociewie-czy-kocio%C5%82ki-szary-150dpiscribd strona 59

4 http://pl.wikipedia.org/wiki/Janusz_Staszewski_(historyk)

5 http://www.kpbc.ukw.edu.pl/dlibra/plain-content?id=24280

6 http://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_wielkopolskie_1806_roku

7 http://rcin.org.pl/dlibra/docmetadata?id=829


CZĘŚĆ 2 - PRZEJDŹ


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz