poniedziałek, 15 czerwca 2015

TADEUSZ MAJEWSKI. Dlaczego Witold Piernicki rozstał się ze sztuką

Tuż przed Skórczem, przy szosie ze Starogardu, znajduje się Piernikowa Górka. Należy do sołectwa Kranek. Przez około 10 lat na Piernikowej Górce zawsze stało coś ciekawego i przyciągało uwagę jadących autami. Ze 12 lat temu stanęły pierwsze wielkie, druciane słonie, później rzeźby z drewna i domek pod strzechą. W domu na Piernikowej Górce mieszka ARTYSTA Witold Piernicki (54 l.). Nieraz pisałem o nim teksty. Dzisiaj mi szkoda, że Piernicki definitywnie zamknął okres twórczości rzeźbiarskiej....




- Nie ma o czym już pisać - mówi Piernicki.

Ale opowiada. Zaczynamy od początków. Od druciaków.

- W dwutysięcznym roku wpadłem na pomysł, żeby zrobić sobie bramę wjazdową z końmi i dla próby zrobiłem konia z drutu. Chciałem wiedzieć, czy mi się uda. I wyszedł - piękny, przerośnięty... kucyk. W bramie miały być dwa. Zrobiłem jednego i na więcej nie było materiału. Ale pomysł tworzenia zwierząt z drutu i tak zacząłem realizować. Przyjechała z Anglii kuzynka. Chciała mieć tego konia, żeby służył jako pergola. No od ruszyło. Były i konie, i słonie, i sanie, i Mikołaje na saniach z reniferem.. Druciane zwierzęta i w ogóle figury się spodobały, ale żyć z nich się nie dało. To był typowo mój pomysł. Nic takiego nigdzie nie widziałem.

Druciak słoń - pergola

A mnie najbardziej interesuje okres rzeźby Piernickiego. Kiedy się zaczął.

- Spotkałem leśniczego z Zajączka. Powiedział: "Zrób mi coś". Pytałem, co, ale nie wiedział. Wymyśliłem więc, że na Zajączku musi być zajączek. Wtedy jeszcze robiłem wszystko z drutu. Zajączek był pierwszą rzeźbą z drewna. Robiłem go piłą motorową na placu tartaku. Gdy już "wychodził" z drewna, wszystko stanęło w pioruny - stało i patrzyło. Miał około 80 - 90 centymetrów. Podnośnikiem wstawiali go na samochód. Jeszcze stoi u leśnego. Ale zanim tam stanął, pojechałem z nim do Bolesława Włóki do Wolentala, żeby go zaimpregnować. Bolek już mi go nie chciał dać. Oczywiście w końcu dał, ale zamówił następnego. I od tego momentu już się zaczęło na dobre. Rzeźbiłem codziennie. Pracowałem na podwórzu albo w garażu. Oj, gdzie one są, te moje prace! W Niemczech miałem nawet hurtowego odbiorcę. Rzeźbiłem przede wszystkim zwierzęta - miśki, kotki, pieski, wiewióreczki, niedźwiedzie, słonie, kuny, zające. Powyginane, w ruchu. Najwięcej szło zajęcy.

Tu rozmawiamy o zającach. Tych prawdziwych. Widziałem już w tym roku cztery. Piernicki akurat w dniu naszej rozmowy. Może nie będziemy tych jakże szaropolskich zwierząt oglądać tylko na obrazkach, na co się zapowiadało -

-Raz stoję sobie w Starogardzie na targowisku, patrzę: wycieczka, Niemcy. Miałem słonia, ze 30 centymetrów. Podchodzi tłumacz i targuje się co do ceny. Kątem oka widzę ze zdumieniem, że mój słoń jest już po drugiej stronie ulicy. Ten Niemiec myślał, że tłumacz to załatwił i już go sobie wziął. Czasami robiłem po dwa, trzy zające czy słonie.

Piernicki rzeźbił też ludzi. Nieraz naturalnej wielkości. Kiedyś, gdy zajechałem na Piernikową Górę, aż mnie zatkało. Przy drzwiach stała para: chłopka i chłop z kosą. Ależ byli naturalni w tym swoim ułożeniu drewnianych ciał. Robił też "aniołki" z trąbkami. "Aniołki" w cudzysłowie, gdyż były większe od niego.

- Zrobiłem trzech chłopów. Ten z kosą został sprzedany w Lubaniu. Drugiego podarowałem do Głuchego. Nazwali go Rochem, bo gmina Osiek, czyli świętego Rocha. Trzeciego ukradli. Znalazłem go niedawno przez przypadek. Stoi w Osowie Leśnym. Dowiem się dokładnie, od kogo ma go właściciel, o ile będzie chciał pamiętać. Stał bliżej bramy. Ukradli też wtedy dużego ptaka, stojącego na na klocku. Takiego ptaka kupiła senator Senyszyn.

Opowiadam Witoldowi Piernickiemu o plenerach, Edmundzie Zielińskim - wybitnym rzeźbiarzu ludowym, muzeach, promocji itp. Z tą nadzieją, że może jednak wróci do rzeźby. Promocja, pomoc artyście... Witold Piernicki parska śmiechem.

- Próbowałem przez starostwo. Dali mi mapkę powiatu. Jasne, że wiedzieli o mnie. Przecież nieraz widzieli moje prace na imprezach. Potem co roku dawali mi "rozkład jazdy", czyli wykaz imprez i raz zaprosili do Osieka. I to było wszystko. Tak, nieraz tam byłem i chciałem, żeby mnie jakoś wypromowali. W końcu machnąłem ręką i już nie poszedłem.

Skrzypek pod lipą. Może trochę za krótkie nogi, ale ładna korona lipy.

Zajączek wyrzeźbiony piłą. Fot. Tadeusz Majewski

Rozmyślam. A samemu? A gdzie są katalogi z pracami, strona www? Przecież bez tego nie da się dzisiaj przebić... A takie Witek wtedy miał plany. Na Piernikowej Górze zaczął nawet budować obiekt, który miał być jego autorską galerią.

- Owszem, w tym domku pod strzechą miały być moje prace do obejrzenia. W końcu jednak ten domek stał się reklamą układania strzechy. Ale wtedy, przez dwa lata, gdy rzeźbiłem, faktycznie to miało być przede wszystkim miejsce wystawowe. Tylko że wtedy za takiego zajączka brałem ponad sto złotych. W 2002 roku sto złotych to było coś. Wiem, zabrakło promocji. Myślę, że ktoś, jakaś instytucja, wydział w starostwie, powinna się tym zajmować. Wydział do spraw promocji. Mam świadomość, że robiłem coś swojego, autentycznego, coś, czego nigdzie nie spotkasz. Wtedy, w tym dobrym okresie, samych zajączków poszła z setka. Jednego roku miałem z odpadów opału na całą zimę, bo rzeźbiąc dzielę się z klockiem pół na pół. W sumie to zrobiłem na pewno ze trzysta rzeźb. Teraz są już inne czasy. Ludzie interesują się zupełnie czym

innym, na przykład samochodami, a samochód to nie rzeźba.

Zajączki Piernickiego.

Od pewnego czasu na Górze Piernika nie widać nic nowego. Kolor drewna kilku sporych rozmiarów i niezbyt efektownych rzeźb wyblakł.

- Cały 2011 rok, ściślej mówiąc od grudnia 2010 roku, siedziałem na grodzisku w Owidzu. Budowałem od podstaw domki z bali i kładłem strzechy. Dziesięć domków i pół hotelu to moja robota. Oprócz tego są jeszcze trzy wieże. Jedną z wież też kryłem. Wieże mają 11 metrów wysokości. Podawałem im materiał podnośnikiem. Ta praca, układanie trzciny, kosztuje w granicach 160 - 180 złotych za metr kwadratowy. Jest duża konkurencja. Pojawiło się wielu nowych fachowców. Trzcinę bierze się z różnych miejsc. Od nas, to znaczy z jezior w gminie Osiek, między innymi z Kałębia, i na przykład sprowadza się z Kołobrzegu. Na domkach w Owidzu jest nasza trzcina. Skąd pomysł na taką pracę? Widziałem w telewizji, jak koszą. Byłem wtedy w kryzysie i pomyślałem, że mógłbym to robić, gdyż przy koszeniu nie trzeba inwestować.

Zaskakująca praca. Mama bawiąca się z dzieckiem w cieniu lipy. Fot. Tadeusz Majewski

Czy czuje się artystą (wypowiadam to słowo całkiem poważnie, gdy go za niego bez żadnych dwuznaczności uważam)? Czy możliwy jest powrót do rzeźby?

- Artysta... Już się nie obrażam, gdy mnie tak nazywają. Rzeźba? Chciałbym w tym dalej pracować, tylko że jako hobby mnie to nie bawi. Artysta musi zarabiać. Hobby to mam na każdym kroku. Gdyby była możliwość z tego się utrzymywać, to bym wrócił.

Przegrywamy do laptopa zdjęcia. Tylko kilka przedstawia rzeźby, reszta prace na grodzisku w Owidzu. O tu - pokazuje Piernicki na fotkę. Na końcu jednego z dwóch krzyżujących się bali jak autorski stempel widać mordkę zajączka. Jednak i tam, w Owidzu, ciągnęło go do piły, dłuta, rzeźby... Wychodzimy na podwórze. Gnane wiatrem płatki śniegu spadają na dziwny wehikuł. To traktorek na gąsienicach do koszenia trzciny. Piernicki zbudował go od a do z sam. Już nim skosił około 2 hektary, z tysiąc snopków.

- Na wiosnę pójdę robić do Owidza amfiteatr. Ma mieć dwa i pół metra wysokości...

Kilka innych prac Witolda Piernickiego - przejdź

Niżej zdjęcia z budowy grodziska w Owidzu.

2012-04-01

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz