poniedziałek, 9 kwietnia 2012

MŁODZI-STG. Chłopaki z Semlina

Zaczęło się w ferie zimowe. Udzieliłem im kilku lekcji tenisa stołowego. W przerwach między setami chętnie opowiadali o sobie. A potem zaczęli pisać. Ależ oni się różnią - myślałem sobie - zainteresowaniami, charakterami, podejściem do życia. A jednak łączy ich coś bardzo ważnego - wszyscy żyją w konkretnym świecie i znają jego wartość, smak. Oto oni.




Radek i Remigiusz Litkowscy

Dawid. Na początku tylko zaglądał do świetlicy. Potem przychodził już na dłużej. Radek i Remigiusz Litkowscy przeprowadzili z nim wywiad, który sprowadziliśmy, po skasowaniu pytań, do bezpośredniej wypowiedzi.


Bierny tryb życia to głupota

Nazywam się Dawid Kurszewski. Mieszkam w Semlinie. Mam 17 lat i uczęszczam do I Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Curie Skłodowskiej - kierunek lingwistyczny. Moją pasją jest bieganie. Wypełnia mi ono każdą wolną chwilę. Zacząłem biegać w lipcu 2011 roku, więc nie mam jeszcze większych sukcesów. Biegam na dystansie od 3 do 6 kilometrów. Uważam, że wszyscy powinni mieć coś, co lubią. Bierny tryb życia to głupota. Wolę być aktywny. W Semlinie z tą aktywnością jest nie najlepiej. Z młodych po lekcjach prawie nikogo nie widać. Nie ma ich na placach czy w świetlicy. Dorośli? Owszem, spotyka się. Mężczyźni idą do sklepu, a kilka kobiet chodzi z kijkami. Życie zaczyna tętnić w weekendy. Wtedy wszyscy korzystają z pięknej pogody. Spacerują, a latem opalają się na plaży.


Znajduję czas i na naukę, i na sport. Ćwiczę pięć dni w tygodniu. Od drugiej klasy gimnazjum otrzymuję stypendium marszałkowskie, naukowe z programu "Zdolni z Pomorza" i biorę udział w programie "Daj sobie szansę - bądź kompetentny". Średnio wychodzi mi 350 złotych na rękę miesięcznie, więc, jak z tego widać, umiem pogodzić naukę z przyjemnością.

Trenuję w Kociewskim Klubie Biegacza. Moim trenerem jest Janusz Nowak. Od czego się zaczęło? Rok temu pobiegłem dobrze w Biegu Szpęgawskim. Byłem w ścisłej czołówce w swojej kategorii młodzieżowej. Przed tymi zawodami biegałem kilka razy i ten wynik był dla mnie niespodzianką. Tam właśnie zauważył mnie trener i dzięki temu dostałem się do klubu. Mój najlepszy rezultat to szóste miejsce w powiecie w biegu, gdzie startowało 80 osób. Moją ulubiona trasą biegową jest droga z Semlina do Skarszew licząca w obie strony 13,5 kilometra. Czyli tygodniowo biegam około 50 kilometrów. Nie biegam sam. Towarzyszy mi Dawid Burczyk z Kleszczewa Kościerskiego. W przyszłości chcę kontynuować karierę biegacza. Może po skończeniu liceum pójdę na Akademię Wychowania Fizycznego ewentualnie na filologię angielską. Jeżeli chodzi o sport, to interesuję się nie tylko bieganiem. Jeżdżę również rowerem.

Na treningu w Sopocie



Michał Kuziemski miał zbadać, czy zachowały się jakieś napisy na semlińskim poewangelickim cmentarzu. I zbadał. Napisał tekst o smutnym przemijaniu nawet nagrobnych kamieni.

Starte napisy

- Czasem nawet las może skrywać historię. Dobrym tego przykładem jest ten w Semlinie. To jeszcze we wsi, tam, gdzie drzewa rosną na miedzy między Semlinem a Semlinkiem. Podczas zbierania grzybów czy jagód można w tym lesie trafić na stary cmentarz. Co w nim niezwykłego? Na przykład to, że nie do końca wiadomo, kto tam spoczywa. Starsi mieszkańcy wsi mówią, że zostali w tym miejscu pochowani ewangelicy. Byłem zobaczyć, czy da się znaleźć jakieś nazwiska na płytach nagrobnych. Niestety nic nie znalazłem. Wszystkie płyty, a jest ich około piętnaście, są płaskie, bez żadnych napisów. Warto szukać śladów przeszłości, ale bywa, że jest już za późno.



Opowieść Roberta o sobie to taka ciągła "dodawanka". Aaa... i jeszcze to, no i jeszcze to, a, no właśnie, akurat dzisiaj sprzedałem króliki - i - po chwili przerwy - czasami chodzę do lasu podglądać dziki. O nim napisał Dawid.

Kupię sobie żonę

Robert Krysiak ma 15 lat. Mieszka w Semlinie. Na co dzień uczy się w Publicznym Gimnazjum w Kleszczewie Kościerskim w II klasie. Interesuje się rolnictwem oraz hodowlą koni. W wolnym czasie pomaga okolicznym gospodarzom.

- Wszystko zależy od czasu, pory roku - mówi Robert. - Zimą nie ma pracy, natomiast latem jest jej dużo. Jesienią pomagam w wykopkach i zbiórce buraków pastewnych i brukwi. Latem oczywiście żniwa. Pracujemy po kilka osób na polu według określonych ról. Jedna osoba wyrywa buraki, następna obcina liście. To ciężka robota. Jeżeli chodzi o ciągnik, to najpierw jeździłem z kierowcą. Raz spróbowałem samemu i w ten sposób się nauczyłem. Załapałem robotę przez gospodarza, któremu pomagałem podczas żniw. Zobaczył, że się nie ociągam i nie patrzę na innych. Polecił mnie innym rolnikom. Wiem, teraz już nie potrzeba tak bardzo takich osób jak ja, bo prawie wszystko jest zmechanizowane, ale mnie chcą. Latem pracuję dużo i zostaję u rolników na noc, bo praca trwa wtedy nawet do godziny 3 w nocy, a zaczyna się od godziny 5 rano. Na przykład wczoraj zadzwonił do mnie znajomy rolnik i spytał, czy pomogę mu w transporcie świń. Zgodziłem się. Wczoraj zarobiłem na tym 30 złotych. Latem w żniwach potrafiłem zarobić nawet 600 złotych. Jak widać, pomaganie się opłaca. W wolnym czasie hoduję króliki. Akurat wczoraj sprzedałem dwa małe za 30 złotych sztuka. Zaczynałem z jednym, a teraz mam 26. Tak, słyszałem, że dzisiejszemu rolnikowi trudno znaleźć żonę, bo kobiety uciekają ze wsi, a te z miasta na wieś nie chcą przyjść. Ale ja, gdy będę rolnikiem, to sobie kupię (śmiech). Interesuję się hodowlą koni. Chciałbym skończyć szkołę o kierunku techniczno-rolniczym, wyjechać za granicę i odkładać pieniądze na kupno gospodarstwa w Polsce. Poza rolnictwem i hodowlą królików zbieram poroża od jeleni. Co tydzień chodzę do lasu ich szukać. Moim największym sukcesem jest znalezienie poroży o długości około pół metra. Dałem je babci. Poza tym obserwuję dziki, lecz teraz nie chodzę, bo są młode i mogłaby mnie zaatakować matka.


Aleksander Celarek miał napisać o semlińskich legendach. I gdzieś je znalazł. I napisał. Brawo.

Legendy semlińskie

Semlin pierwszy raz został opisany w dokumencie z 1274 roku przez cystersów z Pogódek. Wieś posiada własne legendy. Jedna z nich głosi, że gdy Napoleon Bonaparte wracał po przegranej wojnie spod Moskwy, przejeżdżając przez Semlin zatopił w Jeziorze Semlińskim swoje łupy wojenne i cenne skarby w postaci złota i srebra. Inna legenda głosi, że dawno temu mieszkańcy Semlina wybudowali kościół. Niestety powstało jezioro i wszystko zalało. W ciepłe, letnie wieczory można jeszcze usłyszeć dźwięki odbijania się fal o dzwon wieży kościelnej.



Przemek Świerkowski jest wędkarzem. Jak każdy wędkarz ma dużo do opowiedzenia.

Miniona zima była piękna

Mam 14 lat. Przychodzę do świetlicy od 2 lat. Pograć w pingponga, przede wszystkim. Zwłaszcza, gdy są tu organizowane ferie zimowe. Ale zimą najbardziej ciągnie mnie na jezioro. Mieszkam w domu stojącym około 20 metrów od jeziora. W domu mam pięć wędek od 2 do 3 metrów i dwie na lód - króciutkich. Nie mogę się doczekać, kiedy zimą Jezioro Semlińskie pokryje się warstwą lodu o bezpiecznej grubości. Musi mieć z 10 centymetrów. Na taki już można wejść. Sprawdza przeważnie mój dziadek Leszek. Jak to robi? Wchodzi na lód i uderza piką. Robi nią dziurę i bada grubość. Miniona zima była piękna. Trochę śniegu, gruby lód - ze 30 centymetrów, no i pełno ryb. Chodziłem codziennie. Po przyjściu ze szkoły odrabiałem lekcje i na ryby. Brałem ze sobą krzesełko, wiaderko, wędkę i zanętę, i siadałem albo 10 metrów od trzcin, albo przy trzcinach. Na początku, gdy zrobił się lód, właśnie w tych miejscach wykułem sobie dwie dziury i zaraz po przyjściu wyciągałem warstwę powstałego przez noc lodu. Aaa i jeszcze... Na początku sezonu porządnie zanęciłem te miejsca. Wrzuciłem po pół kilograma tej zanęty, a potem wrzucałem już codziennie mniejsze dawki. To dawało efekty. Przesiadywałem na krzesełku od 2 do 4 godzin. Gdy wracałem, mniej więcej o godzinie 18, babcia załamywała ręce, bo nie uśmiechało jej się skrobać tego, co przynosiłem. A przynosiłem średnio od 1 do 2,5 kilograma płotek i leszczy. Raz, w sobotę, wybrałem się na ryby o 6 rano, a wróciłem o 16. Przyniosłem 3,5 kilo ryb. Oczywiście znam przepisy. Wędkuję na spławik - spławik, żyłka, ołów i haczyk z przynęta - serek topiony na chleb (mam strzykawkę, w niej serek topiony, wyciskam i wyskakują robaczki), kupione robaczki - ochotki, chleb nie za bardzo. Zresztą na chleb nie lubię łowić. Jezioro Semlińskie jest bogate w ryby. Są też i raki, co oznacza, że woda jest czysta. Znam to jezioro doskonale, bo zimą, jak wyżej opisuję, wędkuje, a latem... też wędkuję… Również chodzę pływać. Znam ukształtowanie dna. Koło pomostu jest najgłębsze miejsce, ma około 13 metrów. Tam mój dziadek raz chciał wbić słupek i, nie spodziewając się, że nie znajdzie dna, wpadł. To podobno taka głębokość po dwóch bombach zrzuconych przez Rosjan w 1945 roku.

Wkrótce chłopcy z Semlina mają zrobić mapę wsi i zrobić dokumentację zdjęciową rzeczki, która nie ma nazwy, płynie z Jeziora Semlińskiego do - tak mówią - Wierzycy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz