wtorek, 25 maja 2004

Kamiński w Barłożnie



W centrum wsi śliczny kościółek. Na frontowej ścianie rzeźby. Między murkiem a kościółkiem groby. Nad grobami też figury świętych. Za murkiem kończy się ziemia święta, ale nie tak do końca. Bo potem, co kilkadziesiąt metrów napotyka się albo boże męki, albo jakieś inne figury świętych. Takie to polskie - święte miesza się ze zwyczajnością, tradycja z dniem codziennym. W takiej wsi oczywiście musi żyć rzeźbiarz ludowy, kontynuujący pracę przodków
















Jerzy Kamiński (57 l.) mieszka poza zwartą wsią. Dookoła można się zachłysnąć pięknym pejzażem. Pan Jerzy "w zasadzie wykonuje zawód rolnika", ale ma i uprawnienia mistrzowskie ogrodnicze, ma i technikum skończone, ma papiery kierowcy i inne zawody. Niemniej liczne dyplomy i nagrody w mieszkaniu, m.in. Oskar Gminy i medal Stowarzyszenia Twórców Ludowych, wskazują prosto na jedno: pan Jerzy jest rzeźbiarzem. No i oczywiście cała galeria drewnianych postaci.
- Zawsze w tej dziedzinie byłem mocny - stwierdza pan Jerzy. - Interesowała mnie kultura, ta nasza, tu, rodzima. Na dobre rzeźbić zacząłem w 1995 roku. Niby we mnie zawsze coś takiego siedziało, ale z tym rzeźbieniem to był przypadek. Zresztą jak u większości moich kolegów. Zdobyłem dwa lipowe kloce od sąsiada Romana Raduńskiego i one sobie u mnie okorowane leżakowały. Był wtedy u nas mojej małżonki siostrzeniec. Robiliśmy porządki w stodole. - A te kloce tutaj? - zapytał siostrzeniec. - Oj, słuchaj. Jak wujek pójdzie na emeryturę, to będzie rzeźbił - zażartowałem. I tak się zaczęło. 10 listopada mam urodziny. Ten młody człowiek kupił mi dłutka od Rusków. Na początku szło mi mozolnie. Nawet nie widziałem, jak to dłuto się trzyma.

Teraz Jerzy Kamiński w okresie jesiennym i zimowym dłubie nieraz od rana do późnego wieczora. Przez te prawie dziesięć lat wypracowywał swój warsztat. Wyjeżdżał na plenery, gdzie były konsultacje z etnografami, podpatrywał pracę innych.



Sporo o pana twórczości już napisano. Nas dzisiaj jednak nie interesuje, co pan robi, ale dlaczego. Mówił pan, że w panu coś takiego siedziało. Co mianowicie?

I Jerzy Kamiński potwierdza naszą z góry założoną tezę, że owe pełne świętych rzeźb Barłożno. Mówi o kapliczkach, sztuce sakralnej.
- Na Pomorzu Niemcy zniszczyli około 4 tysiące kapliczek. Kiedy będę na emeryturze, to w innej formie uzupełnię te miejsca, gdzie u nas stały i znikły. Starzy ludzie wiedzą, gdzie były.
Świat przedstawiony w rzeźbach pana Jerzego w znakomitej części dotyczy religii. W Chojnicach na konkursie rzeźby sakralnej zajął trzecie miejsce. A brało w nim udział 28 artystów.



A kogo pan z tych wszystkich świętych lubi rzeźbić najbardziej?
- Leży mi święty Franciszek z Asyżu, no bo to jest taki patron ekologów, nowocześnie nazywając. Wiadomo, to był mnich, żył we Włoszech, był bardzo skromny, potrafił pojednać ludzi i groźnego wilka. I w ogóle cała przyroda się do niego garnęła. Zrobiłem płaskorzeźbę pokazującą, jak święty Franciszek przemawia do wilka. Teraz jest w dżungli w Paragwaju. Ja wiem, jak on, św. Franciszek wygląda. Mam swoją wizję, która oddaje moją wiarę. Nie da się rzeźbić czegoś, w co się nie wierzy albo czego się nie widzi. Na przykład rzeźbiarze robią diabełki. Też raz miałem zamówienie na diabła. Może by mi wyszedł (był prawie gotowy), ale w końcu pociąłem go pilarką. A potem został spalony. Dwa dni się palił, bo to był duży diabeł z topolowego kloca.

A na drugim miejscu po świętym Franciszku jest kto?
- Matka Boska w różnych postaciach... Bardzo fajnie mi wychodzi Matka Boska Zielna. Wiadomo, Matka Boska jest Matka Boska. Trzeba wyrzeźbić taką postać kobiety, żeby była w miarę piękna. Ale Zielna ma bukiet kwiatów i kłosy zboża przewiązane różańcem.
Więc to jest pana widzenie świata: religia, święci, tradycja, wplątana w to przyroda. I to znajduje odbicie w pana rzeźbach?
- Tak. W sztuce ludowej najważniejsze jest właśnie to, że robi się swoje. Kiedy jestem gdzieś w terenie, to od razu widzę: wej, to je Michał (Ostoja-Lniski), wej Zygmunt (Bukowski), wej Reginka (Matuszewska). Każdy rzeźbi inaczej. I co ciekawe, nie ma zawiści w tym światku rzeźbiarskim, nie jak w innych środowiskach czy organizacjach, na przykład politycznych, gdzie jest tylko obłuda.

W Barłożnie kontynuuje pan pracę innych. Co pan już po sobie tu pozostawił?
- Jest święty Florian przy budynku OSP, w bożej męce jest Dobry Pasterz. Robiłem też trochę w kościele.

Czy wyobraża pan sobie rzeźbę bez religii?
- Jakby nie było religii, to rzeźba byłaby smutna i skromna. Nie tylko zresztą rzeźba. Na przykład najbardziej lubię robić szopki bożonarodzeniowe. W ubiegłym roku robiłem aż trzy. W tym musi być religia, wiara i tradycją. Niby szopki pokazują to samo, a za każdym razem trzeba temat ująć inaczej.

Ale pana poprzednicy w Barłożnie robili w trwalszym materiale. Może by tak pan spróbował sił w kamieniu?
- Można by, ale jak większość rzeźbiarzy jestem biedny. Robię byle czym, nie mam nawet na dobre dłuta. Mało wiele trzeba mieć 2 tysiące na dłuta do drewna.
Ze sztuki ludowej się nie wyżyje. A może brakuje marketingu?
- Za mało jest wystaw. Albo w Starogardzie. Było siedem konkursów współczesnej sztuki ludowej Kociewia, a ósmy to był już tylko przegląd.
Co pana interesuje poza rzeźbą?
- Ostatnio etnografia. Zaczynam zbierać stare narzędzia, przedmioty, które już bardzo dawno wyszły z użytku.

Oprac. na podstawie artykułu w Tygodniku "Kociewiak" - środowe wydanie "Dziennika Bałtyckiego".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz