sobota, 19 czerwca 2004

Długie

Długie (gm. Osieczna) - wieś leżąca w Borach Tucholskich. Dojazd z Kasparusa (gm. Osiek) lub Wdy (gm.Lubichowo). Koniecznie tam zajrzyj, jeżeli szukasz czegoś w rodzaju skansenu.

Krótka historia Długiego
Wieś Długie - pępek Borów. Rozmaicie przynależna: obwód szkolny - gm. Osieczna, poczta - gm. Osiek, parafia Wda - gm. Lubichowo. Dojazd leśnymi drogami z Kasparusa albo Wdy (jedni kierują się liniami elektrycznymi, co jest zawodne, inni, by trafić, wiążą na leśnych krzyżówkach wstążki).
Długie to krótka, piaszczysta droga z chatami po obu stronach, na której zwyczajowo czuwa Atos - owczarek Marksów. Wzdłuż tej drogi wiosną białym szpalerem rozkwitają bzy. Wtedy jest najładniej.
Z 10 lat po wojnie istniała tu szkoła, ale nauczyciel przeciętnie pracował rok, uważając pobyt w Długim za karę. W tamtych czasach kto mógł, stąd uciekał.
Kilkanaście lat temu wioszczynę odkryli ludzie z miast. Kupili stare domy i sporo gruntu pod nowe domki. Dzisiaj tych z miasta, ludzi o rozmaitej profesji, jest dużo więcej niż stałych. - Oprócz księdza i policjanta mamy wszystkich - śmieje się sołtys Urszula Szeląg.

Agnieszka Marks mieszka tu najdłużej
Agnieszka Marks (rocznik 1931) przybyła tu w 1955 r. z Wdy za mężem Ignacym (nie żyje 18 lat). Długie a Wda są jak dwa różne kalosze. We Wdzie zaraz po wojnie była szosa, autobus, kościół na miejscu i szkoła z perspektywami. A Długie? W latach 50. żyło tu około 20 rodzin, a później - jak to się mówi - odlot. Młodzi się żenili i frrr do miasta.
Pani Agnieszka nie zgadza się z opinią, że nauczyciele przychodzili tu za karę. Księża do Kasparusa to tak, ale nauczyciel to i nieraz do Długiego sam się zgłosił, bo i świnkę, i krowę dało. Ale teraz to wyszło z mody.

Nudy pani Agnieszka nie zna
Gospodarzy nawet nie warto liczyć na palcach. Jak pominiemy tych "na polach", to zostaje jeden - Jan Marks, syn pani Marksowej. Ziemi - V, VI klasy - Jan ma 15 ha. Na tej czarnej, przy jeziorze, rosną łąki, na piaskach żyto i ziemniaki na przemian z mieszanką. - I dokładać trzeba z emerytury babci Marks - niby żartuje pani Agnieszka. - Pomału tę ziemię się sprzedaje, gdy brakuje pieniądza. Kto jeszcze ze stałych tu mieszka? Urszula Szeląg - sołtys, dwaj bracia i siostra Grabowscy i Józef Słomski. W sumie cztery rodziny. Oprócz Jana pozostali mają renty rolnicze. A starych domów - 18. Prosty rachunek, ilu domostw zamieszkują obcy.
Nudy pani Marksowa nie zna, nawet zimą. Telewizję obejrzy, łobrządzi (przez "ł"), w kutelku (kąciku) porobi na drutach.




Kto teraz kupuje mleko?
Pani Agnieszka z dumą mówi, że we wsi mieszkają lekarze, dziennikarze, artyści od bursztynu. - Jest nawet taki, co ma inżyniera i był dyrektorem, i dla niego się to rozwiązało, i nie ma roboty, i też tu siedzi.
Teoretycznie jedyny gospodarz Jan Marks powinien w okresie wczasowym sporo zarabiać. Pani Agnieszka tego nie potwierdza: - Owszem, mamy mleko, robimy twarogi, ale gdy przejdzie sezon, to co robić zimą? Mogą zarabiać inni, ale też tylko teoretycznie - niby są tu i domki do wynajęcia i co? Raz jedni przyjechali, zobaczyli, że nie ma zmywarki i odjechali. Do tego brak stołówki, a jezioro niedostępne. To nie tak, jak kiedyś w Ocyplu, że gospodarze szli spać do stodoły, a gości kładli w swojej łóżkach. Zresztą - co tu mówić - kto teraz kupuje mleko? Fakt, że synowi, elektrykowi okrętowemu, dadzą zarobić, ale to nic stałego. W poszkolnym budynku niby sklep się mieści, ale czy wytrwa? ...Inna sprawa - głodny jeszcze nikt spać nie idzie. Tylko nie wiadomo, co z tymi dzieciakami dalej (Jan i Jolanta Marksowie mają czworo dzieci - Krzysztofa (pójdzie do Gdańska do szkoły), Pawła (14 l.), Piotr (V kl.), Kubę (pójdzie do zerówki). Przecież nie można trzymać na gospodarstwie. Kiedyś mówili: nie chcesz się uczyć, to weź siekierę i idź do lasu, a teraz to i w lesie nie chcą, bo nie ma dla nich pracy.

Wszystkie na drewniane kołki
Państwo Maria i Arkadiusz Mikszewiczowie (ona - prawnik, on - lekarz) z Gdańska w Długim mają - naszym zdaniem - najładniejszy dom. Właśnie takie powinno się budować w Borach. Inne zniszczą ekologię. O tej ekologii gdańszczanie mówią często. Mają nawet specjalne ekologiczne szambo.
Kiedy spogląda się na miękki modelunek strzechy, aż trudno uwierzyć, że w tym miejscu niedawno stał dom z pustaków ze szlaki z eternitowym dachem.
Stare chałupy, wszystkie na drewniane kołki - między innymi i tę, Mikszewiczów - idealnie odtwarza cieśla Feliks Kolasiński z synem. Pan Feliks mieszka w Osiecznej, a stawia domy od Starogardu po Czersk. - Nie trzeba z nim popisywać żadnych umów, wszystko się odbywa na zasadzie dżentelmeńskiej umowy. Czy słyszał pan dzisiaj o czymś takim? - retorycznie pyta pan Arkadiusz.

Właśnie powinien być skansen
Pytamy, w jaki sposób ostatni miejscowi mogą zarobić na turystach?
- Przywieźć ziemię, przyciąć sad, zrobić opryski, skosić trawę, docelowo zająć się rekonstrukcją tych chałup - wymienia Mikoszewicz. - To proste prace, ale może być przecież agroturystyka, jeździectwo, spływy Wdą (z jeziora Długie wychodzi Święta Struga - jeden z dopływów Wdy).
- Powinna też być karczma kociewska - dodaje pani Maria. - Wyskoczylibyśmy w krótkich spodenkach na obiad, bo nam się nie chce robić. Karczma, nie żadna gastronomia z plastikowymi krzesłami. Co tu musi ludzi ściągnąć? Właśnie skansen. To nie jest teren dla wszystkich. Tu przyjeżdżają ludzie, którzy mają troszeczkę inne preferencje niż przeciętni turyści.

Powinien być jakiś architekt
Pan Arkadiusz uważa też, że koniecznie powinien być jakiś architekt, trzymający Bory pod swoją pieczą. Żeby wszystko było tu odtwarzane zgodnie z tradycją kociewską, nawet jak ktoś chce mieć w środku "wilanów". A gmina powinna mieć gotowe projekty, może nawet gotowy projekt małej ekologicznej wsi. Tak jest gdzie indziej. Cała Szwecja czy Norwegia to tego typu domy. Żadne inne.





...i randżersi

Więcej. Jeżeli Bory traktować jak jakiś duży park, to powinno tutaj być jak w Stanach. Kupujesz bilet na określone szlaki, spisują twoje dane. I wjeżdżasz samochodem. Napotykasz parkingi, leśne chatki, w których możesz przenocować, ułożone drewno do grilla. Jedna zasada - wyjeżdżając musisz pozostawić po sobie porządek. Specjalne służby leśne, randżersi, jeżdżą samochodami i pilnują. Pytają, gdzie jechaliście, czy opłata wniesiona, informują, że tu i tam nie wolno łowić. Tam jest takie motto: "Opuszczając ten teren, pozostaw po sobie tylko ślady swoich stóp".














































Tekst i foto: Tadeusz Majewski

1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz