sobota, 19 października 2013

EDMUND ZIELIŃSKI. Niespodziewana wizyta księdza Roberta i jego podopiecznych

Pamiętacie, Drodzy Czytelnicy, księdza Roberta, byłego wikariusza w zblewskiej parafii? Tak - mowa tu o księdzu Kierbicu, który z Kaszub przywędrował na Kociewie, by służyć Bogu i parafii. Dobrze zapisał się w historii tutejszego społeczeństwa. Miły, serdeczny, uczynny i… artysta. To przecież ksiądz Robert wyrzeźbił XII stację Męki Pańskiej w Drodze Krzyżowej przy kościele w Bytoni.












No i nadszedł czas pożegnania się ze zblewską parafią. Od 1 lipca 2012 roku ksiądz Robert Kierbic pracuje jako wikariusz w Polskiej Misji Katolickiej w Hamburgu. Pisze do mnie ksiądz Robert: "Jako Misja prowadzimy szkołę sobotnią przy parafii, w której uczy się prawie 400 dzieci. W każdą sobotę mamy zajęcia w dwóch grupach - o 9.30 i 13.30. Dzieci mają zajęcia z j. polskiego, historii Polski i religii. O szerokiej działalności PMK można dowiedzieć się ze strony www.pmk-hamburg.de"

Ks.Robert Kierbic rzeźbi XII stację Drogi Krzyżowej


We wtorek, 8 października, byliśmy w odwiedzinach u mojej siostry. Odezwała się moja komórka i wyświetlił się "ks. Robert". Nie mogłem porozmawiać, bowiem w tym miejscu brakowało zasięgu. Na drugi dzień byłem w mojej pracowni przy kościele Opatrzności Bożej na Zaspie i zadzwonił ks. Robert. Byłem przekonany, że dzwoni z Hamburga. Okazało się, że nie z Hamburga, a z klasztoru przy naszym kościele - 100 metrów od mojego warsztaciku. Powiada, że przyjdzie do mnie z grupą dziewczyn zobaczyć, jak rzeźbię. Mój warsztat mieści się w baraku - zapleczu budującego się kościoła i nie jest to żaden warsztat pełną gębą, a użyczone mi przez księdza proboszcza Kazimierza Wojciechowskiego miejsce na moje potrzeby, z czego jestem bardzo rad.


Przyszedł ksiądz Robert w towarzystwie siedmiu dziewcząt, siostry ze Zgromadzenia Sióstr Wspólnej Pracy i pani w "cywilu". Dziewczęta natychmiast chciały coś rzeźbić. Każda po kolei spróbowała za pomocą dłuta i pobijaka wyłupać chociaż jeden wiór. Akurat rzeźbiłem małą sowę, a jedna z dziewczynek mówi: "Eule". Tak, powiedziałem, to będzie sowa. Kiedy dziewczyny stukały pobijakiem, ks. Robert robił pamiątkowe zdjęcia, które w części dołączyłem do tego felietonu.

Dziewczęta posługują się j. polskim, niemieckim i francuskim, co jest bardzo chwalebne w dzisiejszych czasach. A za moich młodych lat był obowiązkowo j. rosyjski, który bez ochoty wkuwaliśmy.

Moi goście koniecznie chcieli zabrać ze sobą coś na pamiątkę. Chętnie dałem niedokończone figury św. Weroniki, ledwo zaczęte pasyjki, była też żaba i niedokończony słoń po moim bracie, Jerzym, który bardzo lubił dzieci i sam rozdawał prezenty maluchom.

Na zakończenie wizyty jeszcze wspólne zdjęcie i… do zobaczenia, do następnego razu.


Gdańsk dnia 16. 10. 2013 Edmund Zieliński


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz