piątek, 17 czerwca 2005

Kasta odbiera radość życia

Smolniki, podobnie jak Mermet i Długie, leżące w Borach Tucholskich, nie mają asfaltowego dojazdu. Może to i dobrze, bo gdyby tu sięgał, to tę przeuroczą wieś by zatrampano. Już i tak są problemy z dojściem do wody.

Problem widzisz przez lornetę

Kiedy dojeżdża się do Smolników od strony Wdy, osobom wrażliwym na piękno pejzażu zapiera dech. Jedziesz drogą, mijasz stare, ładnie utrzymane domy i z daleka widzisz przy załamaniu drogi znak ostrzegawczy - musisz zwolnić, uważaj, bo jak nie, to zlecisz z wysokiego brzegu do jeziorka. Z tego brzegu, z górnych Smolników, widać jak na dłoni drugą stronę wsi - w dole woda, po lewej wielki las, za wodą i po prawej domostwa. Widać też, już przez lornetę (po prawdzie to przez 8xZOOM), problem - ludzie tak sobie szatkują tu ziemię, że niedługo ci z górnych działek nie będą mieli dojścia do jeziorka, bo ci bliżej wody postawili mnóstwo ogrodzeń z napisem TEREN PRYWATNY.



Drogi - pułapki

Zjeżdżamy do dolnych Smolników. Wdajemy się w jedną z licznych piaszczystych uliczek (uliczki tu mają nazwy), zjeżdżamy niżej, blisko już jeziora i nagle szlaban. Brama. Obok druga, a za nim obejście z bardzo starymi zabudowaniami. Jesteśmy w pułapce. Ślepa uliczka. Nie można zakręcić, tak wąsko, a cofać taki kawał się nie chce. Na szczęście gospodarz Stanisław Klin otwiera nam bramę i pozwala zawrócić na podwórzu. Przy okazji rozmawiamy z nim o tym starym domu i oczywiście o życiu.

Każdy ma swoją opowieść

Ładnie pan mieszka - zagajamy.
- Wszędzie się ładnie mieszka, gdzie nas nie ma - odpowiada pan Stanisław.
Siadamy w pokoju. Ze ścian nieruchomo patrzą na nas święci ze starych oleodruków.
Stanisław Klin 25 pracował w Lasach Państwowych. Obecnie jest na rencie.

Był pan drwalem. Drwal to romantyczny zawód. Przynajmniej na filmach o drwalach.
- Robiłem wszystko, co trzeba było w lesie robić. Ścinałem drzewa, zwoziłem. Nikomu takiego zawodu nie życzę. Nie ma w tym nic romantycznego. Może reumatyczne to jest. Wolne tylko miałem niedziele. Pracowałem do 1995 roku.
Pan Stanisław zachorował na reumatyzm. Ma 53 lata. Przyznali mu rentę okresową w wysokości 670 złotych.
Każdy ma swoją opowieść. Pan Stanisław między innymi o reumatyzmie.

Dom spokojnie 150-letni

Z posesji Klina jest dojście do jeziorka. Dzierżawi je (bo to akwenik przepływowy i nie można go na szczęście kupić) ktoś z Pruszcza. Ma podobno sądownie zapisane na 10 lat. Do wody od pana Stanisława przechodzi się po przystrzyżonej na krótkiego jeża trawce, obok starożytnych i malowniczych zabudowań gospodarczych z drewna. Stąd też widać, że Smolniki to jedno wielkie daczowisko. Dom Klina, wielopokoleniowy, spokojnie ma 150 lat.

- Mieszkała tu moja prababka Zaręba i babka Chyła - opowiada gospodarz. - Pradziadek stąd nie pochodził. Wżenił się. Natomiast dziadek żonę sobie przywiózł - rodowitą Niemkę, innej wiary, ewangelickiej. Potem ona przeszła na wiarę katolicką.

Ziemi niewiele

Ziemia w Smolnikach jest zapewne wiele warta. Może nawet i 25 - 30 złotych za metr kwadratowy. To pan jest bogaty, bo ma pan ziemię przy jeziorze.
- Mam tylko 0,29 hektara. Kiedyś było tu coś hodowane, ale już od dawna nie, bo co to za ziemia.
Stanisław Klin oprowadza nas po pokojach, pokazuje też platę podłączoną do komina. Rzadki to dzisiaj widok. Poruszamy się po pokojach ostrożnie ze względu na niski poziom dźwigających sufity belek. Wszędzie aż zaskakujący porządek. Wygląda na to, że Stanisław Klin jest kawalerem, bo kawalerowie tak mają. Strzał, okazuje się, w dziesiątkę.

A kobiety pan nie chce?
- Człowiek jest w podeszłym wieku, a takich wolnych kobiet już tu nie ma. Poza tym trzeba jeszcze dopasować charakter. Jak się dopasują, to wtedy wszystko gra, a jak nie? Porządek mam, bo lubię porobić w domu. A jeżeli trzeba komuś pomóc, to też.

Nie ma tutaj wolnych kobiet?
- Nie ma. W ogóle stałych mieszkańców jest w Smolnikach niewielu.
No tak. Z tego co wiemy, najmłodsze dziecko urodziło się tu 7 czy 8 lat temu.

Kasta zabija radość

Mieszka pan w przeuroczej miejscowości, a jakoś tak mówi pan z pesymizmem... A 53 lata to nie jest jakiś podeszły wiek.
- Bo burżuje Polskę przepili. A jak przeciętny śmiertelnik zrobi małe przestępstwo, to robią z tego cuda. Im wszystko wolno.

Mieszka pan w Smolnikach, w wiosce, do której nie ciągnie nawet asfalt, to po co tu polityka? Po co pan ogląda ta kasta (pudło, telewizor - kociewskie - przyp. red.) i się denerwuje?
- Telewizja musi być. I człowiek musi interesować się polityką. Tak to byłby całkiem odcięty od świata i zabity dechami, jak to się mówi.

Poczucie krzywdy

- Jakie jest dzisiaj porównanie między biednym a bogatym? - ciągnie dalej Klin. -
Biednemu wiatr zawsze w oczy wieje. Mam poczucie krzywdy. Te z rządu wszystko mają rozkradzione. Myślałem, że po ciężkiej pracy będę miał przynajmniej 1000 złotych renty, a mam 570. Albo te renty... Dawali i za łapówkę. A temu, co się należała, nie dawali. Ten to chociażby głowę pod pachą przyniósł, to i tak nie dostał.

Na wycieczki pan gdzieś jeździł?
- Kiedy pracowałem, jeździłem. Po Polsce - Poznań, Warszawa, Kraków, Częstochowa.

A na jakąś wycieczkę chciałby pan pojechać?
- Jak bym miał pieniądze, to tak. Ale w swoim kraju, bo go jeszcze nie znam.
Chciałby pan 1000 złotych renty. To dość skromne życzenia. Za takie pieniądze też by pan daleko nie pojechał. Za 1500 - 2000 może tak.

Pozamykane stecki

Zawracamy na podwórcu pana Stanisława. Wyjeżdżamy z drogowej matni z Ziemianka (ta część Smolników to Ziemianek, a tu u góry to właściwe Smolniki). Uliczki są ładne, ciasne, ściśle ograniczone płotami. Nazwy - jak rzekł przed chwilą Stanisław Klin - "mają według pucu". Za jednym z płotów bawi się dziecko. We wsi, gdzie od kilku ładnych lat nie rodzą się dzieci, o tej porze (jeszcze nie ma wakacji) wygląda zjawiskowo. Przystajemy i pytamy panią, która siedzi w ganku, czy to ten najmłodszy w Smolnikach. Pani się śmieje. Nie, ono jest z miasta. Ona też, chociaż pochodzi stąd. I pamięta, jak kiedyś, w czasach jej młodości, którędykolwiek schodziła do jeziorka, jakąkolwiek steckę wybrała, to zawsze do wody doszła. A teraz? Wszystko pozagradzane.

I tak to się, za przeproszeniem, szatkujemy, głąby. Ładnie, po polsku. Aby sobie dobrze, a innemu nic.

Za tygodnikiem Kociewiak - dodatek do piątkowego wydania Dziennika Bałtyckiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz