niedziela, 11 listopada 2012

AGATA GOŁAŚ. Opowiadanie iStar. [MŁODZI-STG]

Agata Gołaś (14 l.) mieszka w Jabłówku. Chodzi do Gimnazjum im. Jana Pawła II w Bobowie. Ma "niestety":) dwie starsze siostry. Pisze opowiadania. W przyszłości chce wydać książkę. Interesuje się animą, mangą i psychologią ludzką. Lubi czytać książki. Zamierza zostać psychologiem bądź terapeutą. Lubi jeść misio-żelki i pić mleko czekoladowe. Nie cierpi kłamstwa i oszustwa. Słucha muzyki J-Rock. Lubi podróżować i poznawać nowe miejsca.














Miałam Panu przysłać to, co do tej pory napisałam, ale przedtem, wyjaśnię, o co chodzi w tym opowiadaniu.

Akcja dzieje się w XXI wieku w Japonii, w Tokio (miałam zamiar umieścić akcję jeszcze w Hokkaido i Osaka, ale nie wiem co z tego wyjdzie).

Głównym bohaterem tego opowiadania jest Rintarou (Rin) Sanders - optymistyczny, zawsze z bananem na ustach; jego najlepszy przyjaciel Matthew (Matt) Givers - zakompleksiony do reszty rudzielec; Daishin Akasuna - podrywacz, który zawsze ma przy sobie czerwoną różę; Alice (Al) Calton - królowa ciętej riposty, chłopczyca, prawie zawsze ma ubrane czarne bojówki oraz Jack Dreamers - nieprzeciętny łowca talentów i menadżer.

Streszczenie:

Ojciec Rina (Ritsu Okiyama) zginął w wypadku samochodowym przed jego urodzinami, dlatego więc Rin nigdy go nie spotkał. Zawsze, gdy pytał mamę o to, kim był jego ojciec, nigdy nie uzyskał kompletnej odpowiedzi. Wiedział tylko, że był on kimś wielkim, nic więcej. Po narodzinach Rina jego mama (Miyako Sanders) zaczęła mieć problemy z sercem. Doszło do tego, że musi mieć przeszczep serca, na który nie mają pieniędzy. Rin chcąc uratować swoją mamę wybiera sobie za cel zdobyć pieniądze na operację. Z pomocą udaje się ze swoim przyjacielem Mattem do ich starego znajomego Jacka. Podczas rozmowy okazuje się, iż nastolatkowie są uzdolnieni muzycznie, a Jack wpada na pomysł, jak im pomóc.

Tytuł tego opowiadania brzmi: iStar


Prolog

Ritsu schodząc ze sceny po raz ostatni spojrzał na tłumy fanów, jego fanów.

- Ale było super!

No, jego ostatni, normalny występ. Od teraz będzie inaczej. Do jego głowy wdarł się głos bruneta.

- Ciszej, ciszej, nie podniecaj się tak.

- E, Fujii, daj się chłopakowi nacieszyć. Ty też miałeś taką podnietę po swoim pierwszym koncercie - powiedział blondyn. - Nie, ty miałeś większą. - dodał po chwili szczerząc swe zęby do wokalisty.

Kei aż się uśmiechnął.

- Hę? Nie przypominam sobie nic takiego. - powiedział brązowooki, unosząc głowę na znak swojej dumy.

- Albo tego nie pamiętasz, albo nie chcesz tego pamiętać, ale, wiesz, ta pierwsza opcja jest dla ciebie lepsza - powiedział Matsuga ze śmiechem.

- Że co?

- Aaaach, zaraz po koncercie odstawiłeś swój oryginalny taniec-połamaniec, ale to nic przy tym, co robiłeś później, wtedy to dop...

- Że jak!?

- Widzimy się później, okej? - blondyn widząc minę kumpla zmienił temat.

- Ok., widzimy się później. - powiedział Fujii przez zęby.

- Spoko, do zobaczyska , narka Ritsu - Kei pomachał ciemnowłosemu na pożegnanie.

Ritsu nic nie powiedział, tylko spojrzał na nich i kiwną głową.

- Cześć! - Matsuga spojrzał na gitarzystę.

Nie wiem co się stało, ale wyciągnę to z ciebie. - pomyślał perkusista.

Do spełnienia swej myśli Matsuga poczekał, aż Kei i Fujii znikną za zakrętem. Gdy tak się stało, szybko podbiegł do niebieskookiego. Musi z nim pogadać, tym razem mu nie odpuści.

- Ritsu, wymiatasz! - Matsuga klepnął Ritsu w plecy tak mocno, że ten aż się zachwiał i prawie zaliczył glebę.

- Matsuga, ty chcesz mnie zabić? - zapytał Ritsu.

- Jesteś najlepszym gitarzystą w Japonii. Nie sorry, co ja mówię, jesteś najlepszym gitarzystą na całym świecie - brązowooki zignorował pytanie, które zadał mu ciemnowłosy.

- Nie wyolbrzymiaj, okej? - Ritsu nie wyglądał na zadowolonego ze słów przyjaciela.

- Ritsu… - Matsuga zastąpił drogę Ritsu, na skutek czego ten musiał się zatrzymać. - …ja mówię prawdę, nie wyolbrzymiam.

- Szczerze w to wątpię - Ritsu mówiąc te słowa wyminął blondyna i kontynuował swoją przerwaną wędrówkę.

- To se wątp - powiedział Matsuga doganiając go. - Ale prawdy i tak nie zmienisz.

- Masz rację - Ritsu spuścił głowę. - Nie zmienię prawdy.

- Eee, coś ty taki załamany? - Matsuga spojrzał na Ritsu.

- Nic - odpowiedział lakonicznie ciemnowłosy.

- Moment, moment, moment - perkusista znów zastąpił Ritsu drogę, a ten znów musiał się zatrzymać. - Wszystkich możesz, bo nie zauważą, ale mnie nie oszukasz, za dobrze cię znam, więc…

- Nawet nie próbuję cię oszukać.

- To powiedz, co się stało? Od kilku dni chodzisz z głową w chmurach i masz minę, jakbyś czegoś żałował i nie mógł tego naprawić, martwię się o ciebie. - powiedział Matsuga.

Martwię się o ciebie. Te słowa odbijały się echem w głowie Ritsu, aż się uśmiechnął.

Trzeba przyznać, Ritsu nie miał łatwo w życiu. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, ich osobowy samochód zderzył się z tirem, któremu zepsuły się hamulce. Z tego wypadku tylko on wyszedł cało i to, że przeżył bez nawet najmniejszego zadrapania zostało uznane za cud.

Po tym wypadku Ritsu został przez sąd umieszczony w domu dziecka. Tam nikt się nim nie interesował, nikt nigdy nie pochwalił za jakiś wyczyn. Jedyne co słyszał to groźby zbicia go od starszych dzieci oraz zakazy i nakazy dorosłych, którzy i tak mieli to co się z nim stanie w… (dobrze wiecie gdzie, więc tego nie piszę).

Ponieważ Ritsu był silny i nigdy się nie poddawał, wyszedł na ludzi i teraz oto był gitarzystą w sławnym zespole J-Rockowym, zdobył przyjaciół, którzy go zaakceptowali i pomagali w trudnych chwilach i co dla niego najważniejsze - pokochał kogoś, a ta osoba kochała jego.

Wspomnienia z przeszłości tak zaprzątały głowę Ritsu, że dopiero po chwili dotarło do niego to co powiedział.

- To będzie chłopiec.

Matsuga się zatrzymał.

- Eee, co? - chyba się przesłyszałem - powiedział sobie w myślach Matsuga.

- Dziecko będzie chłopcem. - powiedział niepewnie Ritsu.

- Że co? - zapytał blondyn ignorując myśl, że się jednak nie przesłyszał.

- Będę ojcem. - powiedział.

- Jjjak to!? Poważnie!? - Matsuga nie wierzył w to, co słyszał.

- No.

- Ale jak to się stało? - zapytał.

Ritsu spalił cegłę (zrobił się cały czerwony).

- No wiesz… - Ritsu spojrzał na kumpla, który miał wielki znak zapytania na twarzy. - Takie tam, a potem… tego, ten, no… kurna, Matsuga, nie mów, że nie wiesz, o co mi chodzi. - powiedział w końcu zdenerwowany niebieskooki.

- Aha…

- Co, aha?

- Aha, czyli jednak się nie przesłysza... - Matsuga nie zdążył dokończyć, ponieważ zemdlał.

- Nie no, jeszcze tego mi brakowało. - powiedział zrezygnowany Ritsu.

*******

- Ritsu, zabije cię.

Matsuga chwiejnym krokiem szedł w kierunku autokaru.

- Ooo… czy mi się wydaje, czy ty próbowałeś to zrobić dzisiaj? - ciemnowłosy szedł obok niego.

- Teraz mam motyw - powiedział blondyn.

- A wtedy nie miałeś? - zapytał z błyskiem w oczach i uśmiechem na twarzy.

Blondyn spojrzał uważnie na kumpla.

O co ci cho…

Matsuga przypomniał sobie swój dzisiejszy poranek. Przywitał go ostrym bólem głowy spowodowany mega kacem i… zaraz, pomalowanymi rękami i nogami wodoodpornym markierem. Za kaca był sam sobie winien, ale nie pamiętał żadnej akcji z markie… Blondyn przypomniał sobie, że ktoś jakby uciekał z jego pokoju. Osoba ta miała ciemne włosy, które przypominały bardziej granatowy niż czarny kolor. Była uzbrojona w wodoodporny markier. Miała, ma i będzie mieć na imię Ritsu.

- Teraz mam większą motywację - powiedział przez zęby.

Ritsu obdarzył Matsugę najszerszym uśmiechem z palety "Ritsu Smile".

- Ale brak refleksu - powiedziawszy to Ritsu zaczął biec w kierunku autokaru.

- Osz, ty… - Matsuga zaczął gonić niebieskookiego.

Trzeba było przyznać, że zwiewanie Ritsu przed Matsugą do autokaru wyglądało komicznie.

- Matsuga mnie nie złapie, bo nie umie i jest za wol-ny!

- Prosisz cię o śmierć - powiedział przez zęby blond.

Ciemnowłosy obejrzał się za siebie, wyraźnie usłyszał słowa Matsugi. Od razu przyspieszył widząc jak blisko niego jest blondyn.

Uff… mało brakowało, a by mnie złapał - pomyślał ciemnowłosy.

Ritsu zbliżył się do autokaru. Miał właśnie wbiec po schodach, gdy drogę nagle zastąpił mu Kei.

Niebieskooki wiedział, że nie wyhamuje i uderzy w basistę, ale nie tylko on o tym wiedział. Matsuga krzykną tak głośno na ile pozwalały mu płuca.

- KEI, UWAŻAJ!

Czarnooki chłopak spojrzał w kierunku miejsca, z którego dochodziło ostrzeżenie i w tej samej sekundzie zaliczył spotkanie pierwszego stopnia z Ritsu.

Powietrze przeciął donośny huk.

Mastuga jak na komendę zaczął biec jeszcze szybciej, nie wiedział, czy jego kumple jeszcze żyją.

- Kurna! - Fuji pojawił się nie wiadomo skąd z mordem wypisanym na twarzy. - Co tu się do jasnej... - szatyn spojrzał na rozłożonych na parkingu gitarzystów. - Jezus, Maria!

Zdyszany Matsuga podbiegł do nich.

- Ritsu, Kei, nic wam nie jest? - zapytał.

- Gdzie? - zapytał ciemnowłosy gitarzysta mrużąc przy tym oczy. Nie wyglądał za dobrze.

- Gdzie? - powtórzył blondyn.

- No, gdzie? - Ritsu zaczął się podnosić.

- Co, gdzie? - Matsuga nie rozumiał przyjaciela.

- Gdzie on jest? - zapytał niebieskooki.

- Kto? - wokalista wtrącił się do rozmowy.

- Jezus, Fujii, Jezus.

Szatyn z niedowierzaniem patrzał na uśmiechniętego Ritsu.

- Chyba się coś troszkę w głowę mocniej uderzył, coś, troszkę za mocno coś, nie? - powiedział Fujii.

- Że co? - teraz Matsuga to już kompletnie nic nie rozumiał.

- Moja głowa… - Kei zaczął się podnosić z betonu. - Cholera, co to było? - zapytał czarnowłosy chłopak chwiejąc się na prawo i lewo.

- Ritsu - odpowiedzieli chórem Fujii i Matsuga.

- Hej! Od kiedy to ja "co", a nie "kto" jestem? - zapytał Ritsu.

- Jak dla mnie to ty przypadek jesteś i to beznadziejny - powiedział Matsuga z uśmiechem na twarzy.

Ritsu spojrzał wściekle jadowitym spojrzeniem na blondyna.

- MM! - powiedział uśmiechając się szyderczo.

Kei zapuścił buraka.

- Eee, Ritsu...

Niebieskooki spojrzał na basistę.

- Kei, ty masz gorączkę? - Ritsu przyłożył rękę od czoła gitarzysty.

- Nie - Kei ściągnął rękę Ritsu ze swojego czoła. - Tylko… no, bo tego, no…

- Toż spokojnie, nie denerwuj się. O co chodzi? - zapytał.

- No, bo MM to nazwa takiego jednego serialu anime…

- Aha. Fajny jest?

- Nie oglądałem go, nie przepadam za anime takiego gatunku.

- A jaki to gatunek?

- H…h…h… - Kei nie mógł tego wymówić.

- Horror?

- H-hentai - wydusił.

Ritsu zdębiał.

- Ale, jak to hentai?

- No, bo ten serial jest o chłopaku, którego podnieca, kiedy obrywa po buzi od kawaii panienek - nie da się określić czerwieni na twarzy Keia.

- Nie! Nie miałem tego na myśli!

- A co miałeś? - zapytał Matsuga śmiejąc się.

- MM! - Markier Matsuga.

Teraz to Matsuga zdębiał.

- Kupie ci trzy tony żelków - powiedział.

- Hmm, kuszące, ale nie! - Ritsu znów zaczął się uśmiechać.

- Ritsu! Ja mam żonę i czwórkę dzieci! - powiedziała błagalnym głosem Matsuga.

- Hę? Jaka dziewczyna chciałaby ciebie? - zapytał rozkręcony niebieskooki.

___________________________

Napisałam jeszcze pół pierwszego rozdziału.

Rozdział 1

Pytanie brzmi: co jest gorsze od szpitala? Prawidłowa odpowiedź: to nie szkoła, tylko szpital z seledynowymi ścianami, nienaturalnie białą podłogą i korytarzem pełnym twardych krzeseł. W którym chemię można wyczuć na każdym kroku, normalnie wisi w powietrzu!

W takim właśnie szpitalu na pół leżał, na pół siedział Rin. Rozwrzeszczany, pełen optymizmu, zawsze z bananem na ustach, a teraz wyglądający jak sto nieszczęść Rin mocno ściskał dłoń swojego przyjaciela, Matta. Wzrok miał utkwiony w drzwiach naprzeciwko.

Bądź silna, mamo…

- Matt… - Rin wlepił wzrok w rudowłosego chłopaka - …boję się.

Matt nie wiedział, co powiedzieć, jak go podnieść na duchu.

- Rin, ja…ja…

- Przepraszam, Sanders, Rin Sanders?

Rin w sekundę był przy mężczyźnie ubranym w biały(klitek), za który chwilę później go trzymał.

- Panie doktorze, panie doktorze! Co z nią!? Co z moją mamą!? Panie doktorze! - krzyczał Rin.

- Chłopcze! Nie krzycz tak! To jest szpital, nie zoo! Tu są chorzy! - powiedział lekarz i dodał ciszej - Szczerze mówiąc to ty też jesteś chory , ale na głowę.

- Jaka głowa!? O czym pan mówi!? Moja mama ma chore serce! - darł się Rin.

- Nie słyszałeś chłopcze! Szpital to nie wesołe miasteczko!

- Co z nią!? No co!? - dopytywał się Rin.

- Spokojnie - Matt zrobił przerwę między Rinem i lekarzem. Ze spojrzenia lekarza można było wyczytać, że jest niezmiernie wdzięczny zielonookiemu. - Panie… - Matt spojrzał na identyfikator lekarza - Dee… coś tam, jaki jest stan zdrowia pani Sanders? (mina lekarza - bezcenne J)

- No właśnie! Co z nią!? No co!? - Rin znów uwiesił się na ramieniu lekarza.

Doktor zrzucił Rina ze swojego ramienia.

- Prawda jest taka… - spojrzał w swoja teczkę - …że stan zdrowia twojej mamy nie poprawił się, tylko pogorszył. Jedynym ratunkiem dla twojej mamy jest sztuczne serce. Operacja przeszczepu przy jej aktualnym stanie zdrowia jest bardzo trudna i niebezpieczna, ale nasz szpital ma doświadczonych chirurgów, którzy przeprowadzali przeszczepy u pacjentów w gorszych stanach zdrowia. Co do kosztów, hmm… - lekarz oderwał wzrok od karty pacjenta i przeniósł go na ciemnowłosego trzymanego za ramię przez Matta, - Nie jestem psychologiem, ale ten dzieciak ma ADHD - pomyślał. - Trochę dużo, ale na pewno stać was na 290 tysięcy. - \Po tych słowach, chociaż ledwo zauważalnie, uśmiechnął się.

Nogi Rina momentalnie stały się jak z waty. Słowa lekarza echem odbijały się w jego głowie. Dopadły go mdłości. Poczuł bolesne ukłucie w klatce piersiowej.

Co do…?

Przed bolesnym upadkiem uchroniły go czyjeś ramiona. Nie wiedział czyje, choć oczy miał otwarte. Wszystko było zamglone. Jedyne co widział to uśmiech lekarza. Ten uśmiech, ten szyderczy uśmiech pozostanie w jego pamięci na zawsze.

*******

Park.

Zaznaczony na mapie zielony teren z dużą ilością drzew. Miejsce najczęściej odwiedzane przez dorosłych i młodzież palącą, tłumaczącą swój nałóg dotlenianiem drzew. Tak, osoby palące mogą pochwalić się swoją wiedzą chociaż w tym kierunku, ale trzeba przyznać, że to osoby wyjątkowe, mało kto w tych czasach wie, co to jest fotosynteza.

Jedną z parkowych dróg szły dwie osoby. O dziwo, nie po to, by dotleniać drzewa.

- Nie martw się, Rin, na pewno wszystko się jakoś ułoży.

- Jakoś ułoży? - powtórzył Rin. - Jakoś czyli jak ? - zapytał.

- No… no… - Matt nie wiedział co powiedzieć - no nie wiem jak, ale będzie dobrze.

- To żeś mnie pocieszył, nikt mnie jeszcze nigdy tak nie podniósł na duchu jak ty. Tylko pozazdrościć, pocieszenie pierwsza klasa!

- A co ja mam powiedzieć?

- Nie wiem… przepraszam, nie jesteś niczemu winien, nie powinienem na ciebie krzyczeć, ale… ta operacja… skąd ja wezmę tyle pieniędzy? I tak krucho u nas z kasą… - w oczach Rina zaszkliły się łzy, a głos zaczął się łamać. - Matt, mam tylko mamę.

- Rin…

- Gdybym…- przerwał ciemnowłosy - …gdybym tylko mógł pożyczyć od kogoś pieniądze… ale nie mam od kogo.

- Rin, jesteś silny, dasz radę.

- Wątpię w twoje słowa.

- Wiesz, Rin, ktoś mi kiedyś powiedział, że bez względu na wszystko zawsze trzeba iść naprzód, nie wolno stać w miejscu, a tym bardziej nie wolno się cofać. Nieważne, czy w życiu idzie nam dobrze, czy nie, nie możemy żyć przeszłością, musimy kroczyć naprzód i stawić czoła przeciwnościom losu, nieważne jak ciężkie by one były. Nawet gdyby z góry było wiadomo, że przegramy, nie możemy się poddać, musimy walczyć do końca, musimy pokazać, że jesteśmy czegoś warci.

- Nawet wiem kto ci to powiedział - na twarzy Rina pojawił się mały uśmieszek. - Cieszę się, że jeszcze to pamiętasz.

- Takich rzeczy nigdy się nie zapomina.

- Albo nie można zapomnieć .

- U mnie raczej to pierwsze.

Dobrze jest mieć takiego przyjaciela jak Matt, on wie jak mnie pocieszyć i…

- Matt, dlaczego my jesteśmy w parku?

- Bo przez park jest najkrótsza droga.

- Najkrótsza droga dokąd?

- Do domu - powiedział szybko rudowłosy.

- Eee… Matt, kierunki ci się pomyliły, my mieszkamy tam - Rin kciukiem wskazał tył.

- Wiem, mieszkam w Tokyo 15 lat , a w tym parku byłem setki razy, więc znam go na pamięć.

- Więc powiedz mi do CZYJEGO domu idziemy?

- Tego tam - Matt kiwnął głową na wieżowiec naprzeciwko nich.

- Nie kojarzę, żeby ktoś, kogo znam, mieszkał tutaj - powiedział Rin.

- A Jacka to nie kojarzysz?

- Jack? Przecież on mieszka po drugiej stronie Tokyo. Matt, naprawdę ci się kierunki pomyliły.

- Boże, Rin, ty w ogóle nie słuchasz.

- To było do Boga, czy do mnie? - zapytał Rin.

- Do ciebie.

- Dobra, Matt, ale teraz bez żartów. Jack nie mieszka tutaj.

- Mieszka, przeprowadził się.

- Dlaczego? Przecież mówił, że tamto mieszkanie mu się podoba.

- No bo się podoba, ale aktualnie jest tam mały remont i mieszka tymczasowo tutaj.

- Kurna! Matt, nie strasz mnie!

- Ja i straszenie ciebie? Czy ty czasem gorączki nie masz?

- Nie mam.

- To co mówisz, że ja ciebie straszę?

- Bo mnie wystraszyłeś.

- Ha, jeszcze czego. A może frytki do tego?

- Wolę popcorn.

_____________________________

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz