środa, 13 kwietnia 2011

Bluesy pomorskie na dobranoc (Pomerania, Oj, oj, Ojczyzna)

Bluesy pomorskie - Tadeusz Majewski


Ona

Właściwie jaka ona jest? Ta buda, ta rzeczywistość, ta droga, ta chwila, ta Polska. Do uchwycenia w jakim stopniu? A może w ogóle nie do uchwycenia? Jedzie przede mną - robię zdjęcia przez przednią szybę samochodu, zwalniając do minimum. Nie, to nie jest to - aparat musi być w miarę nieruchomo na statywie ręki. Poza tym na zdjęciu wyjdą paprochy z szyby. Wyprzedzę, podjadę kawałek do przodu, wyjdę z samochodu, poczekam aż nadjedzie i zrobię czyste zdjęcia. Więc wyprzedzam, jadę kawał do przodu, staję. I nie wychodzę. Za mało wyprzedziłem. Buda akurat teraz mnie wyprzedza. Jedzie szybciej, niż myślałem. Wyjdę, wyjmę obiektyw, nie zdążę - za bardzo w tym czasie się oddali. Biorę więc poprawkę, wyprzedzam jeszcze raz, wyskakuję teraz przed nią z pół kilometra, aż za wielki zakręt, tak że znika mi w lusterku. Zatrzymuję samochód, wychodzę, spokojnie przygotowuję sprzęt i czekam. I co? I nic. Cisza wysokiego lasu. Buda nie nadjeżdża. No tak, a kto powiedział, że miała dalej jechać tą szosą? Że też o tym nie pomyślałem. Przecież od szosy szły leśne drogi - i w prawo, i w lewo. Więc nie wiem, jaka ona jest, ta buda, ta droga, ta szosa, ten czas, ten świat, takie to wszystko trudne do uchwycenia nawet w prostej przecież dla fotoreportera sytuacji. I zostaje mi tylko to zdjęcie zrobione zza szyby. Zdjęcie tej budy - zagadki, z absurdalnym napisem. Na dodatek zdjęcie teraz już czarno-białe, utwierdzające mnie w złudzeniu, że wszystko, co mija, natychmiast traci barwy. Jakby od razu, tuż za chwilą czasu teraźniejszego, nawijała się w każdym z nas celuloidowa taśma filmu, od razu czarno-białego, a nawet, o zgrozo, w końcowej części, z klatkami zbrązowiałymi od minionych lat. Ta buda, ta rzeczywistość - czy to jest w ogóle do uchwycenia?



Właściwie jaka ona jest? Fot. Tadeusz Majewski


Legendy

Na ogół siedział na ławce przed domkiem, opierając dłonie na lasce (miał szpotawą stopę). Czujnie patrzył na podwórze, sad i dalej - aż do horyzontu. Za Bugiem był szewcem, na Żuławach przypadkowym rolnikiem. Ale kochał konie. W 1947 przywieźli mu ogiera z Ameryki. Dzikiego, może prosto z prerii. W Rykach zapanowało poruszenie. Ludzie zbiegli się oglądać tę istną furię, szalejącą w padoku. Nikt się nie ośmielił go ujeździć. - A po co mu taki? - pukali się w czoło. Ale dziadek stał oparty o ogrodzenie i patrzył zachwycony. Następne konie dziadka też miały jakieś mankamenty. W latach sześćdziesiątych przyprowadził wałacha. Bardzo masywnego, powolnego, ale pracowitego. Ciągnął jak po linijce wóz z sianem, nawet kiedy woźnica spał. Gorliwie szedł z wielkim pługiem. Dziadek jednak nie miał do niego sympatii. Ogarniał go z ławeczki ciężkim spojrzeniem. Raz, w dniu targowym, kiedy starannie się ogolił i ubrał, i kiedy poszedł do stajni, już wiedzieliśmy, że czeka nas coś przykrego. Ale milczeliśmy, widząc jego determinację. Dziadek wyprowadził konia, zaprzągł do bryczki i pojechał do Nowego Dworu na targ. Wracał jak zwykle podchmielony. Już od Strachotów dochodziła pieśń jego stron: Sziraka strana maja radnaja, / Mnogo w niej lesow, palej i rek. / Ja drugoj takoj strany nie znaju, / Hdie tak wolno dyszał czeławiek.

Bryczkę jakby ze wzgardą ciągnęła śliczna rasowa klacz. Stęknęliśmy z zachwytu. Tylko babcia mruknęła: A co ten konik będzie robił? Co robił?

Nic. Wałęsał się po sadzie, od niechcenia zjadając z drzewa papierówkę. Nikt nie miał prawa nawet krzyknąć na darmozjada, bo wiadomo - koń to męska sprawa. Tym bardziej, że teraz dziadek siedział na ławeczce i godzinami patrzył i patrzył, zupełnie jakby to był święty obrazek. Wreszcie miał konia, na którym mógł sobie pojeździć do woli. Ale to była jazda tylko jego - nikt z nas nigdy jej nie widział, a tym bardziej nie rozumiał.

Potem dziadek przeszedł do krainy legend. Widzę go dzisiaj fruwającego na tej ślicznej klaczce w błękicie nieba. Po nim w realnym życiu tę legendę zaczął ciągnąć wujek - robił wszystko to samo, jakby realizował dziadkowe przykazania z niespisanej księgi powtórzeń.


Po nim w realnym życiu tę legendę zaczął ciągnąć wujek... Fot. Michał Majewski


Pułapka miasteczek

To nie ma znaczenia, czym tu przybyłeś. Przyszedłeś, zajechałeś, a może ciebie przywieźli. To nie ma znaczenia. Jest tylko chwila, której możesz nawet świadomie sobie nie przedłużyć albo nie zauważyć, że właśnie minęła, bo nie jesteś typem romantycznym. Bo cóż ona właściwie znaczy, ta chwila, wobec tego, co było i co będzie w twoim pracowitym życiu? Właściwie jest to chwila dla zbieraczy chwil teraźniejszych, koneserów sekund, może, w skrajnych wypadkach, minut, które smakuje się jak idealnie dojrzałe wiśnie. Chwila, w której stajesz przy szosie i napawasz się widokiem, kontemplujesz. Albo napawasz się widokiem możliwości. Ogarniasz panoramę miasteczka - otoczoną murami, wieżami, fosą, łąką, miasteczka chcącego przez te mury podkreślić tę swoją zwartość, tę wyjątkową osobność życia, te zamknięte w sobie codzienne i własne sprawy, rozmowy, cisze nocne, drobne sukcesy, czasami skandaliki - i myślisz: to jest właśnie ten moment wyboru, ta chwila, w której możesz poczuć się czysty: oto porzuciłeś za sobą całą przeszłość. I zastanawiasz się, czy teraz wjechać przez wąską i ostrą bramę do tego miasteczka, żeby rozpocząć nowe życie. Zupełnie incognito, bez życiorysu, jak nowo narodzony człowiek. To jest dopiero pokusa! Po czym ruszasz dalej. Nieważne, czy pieszo, autem, czy motorem. Chwila minęła jak smak idealnie dojrzałej wiśni. I jak ta chwila prysły myśli o wjeździe w cień tego miasteczka, w jego codzinne sprawy, w życie na nowo. Bo taki wjazd jest niemożliwy. Gdziekolwiek zajdziesz, prędzej czy później zapytają ciebie o curriculum vitae.


Obowiązkowa dostawa słów




W każdym okresie politycznym są prawie obowiązkowe słowa, układające się w zdania, opinie. Słowa, które - tak się tobie, mnie wydaje się - wypada głośno wypowiedzieć lub zapisać, by komuś przekazać, co o tym wszystkim myślisz. Nawet o tym nie wiesz, że one są w mniejszym lub większym stopniu obowiązkowe. Nawet nie wiesz, że twoje słowa, wypowiedziane na zebraniu koleżeńskim, przy grze w brydża, w domu, na naradzie w firmie, szept w klatce schodowej jakiegoś pionu w bloku, a nawet - w skrajnych wypadkach - słowa, które powstają w bezgłośnym dialogu z sobą samym, to jakaś wypadkowa nieskończonej liczny zdarzeń, jakie ciebie dotykają. Nawet o tym nie chcesz wiedzieć, że twoje słowa nie do końca są twoje, że wynikają z tych wszystkich sytuacji, jakie ciebie spotykają, że pochodzą z codziennych podręczników słów, pisanych przez kogoś innego, podręczników wiedzy ścisłej i nieścisłej, od tajnych nauczycieli, którzy - przekonani o swojej nieomylności - tłumaczą ci wszystkie możliwe zasady świata i liczą na to, że będziesz powtarzał ich lekcje. Nawet o tym nie chcesz wiedzieć, bo to nie jest przyjemnie, jak sobie uzmysłowisz, że właściwie twoje słowa nie są tak do końca twoimi słowami, a czasami to nawet one nie są prawie wcale twoje, chociaż wychodzą przecież z twoich ust szeptem, głośno, a nieraz - tak, tak - krzykiem. I nawet o tym nie wiesz, że twoje słowa właśnie wtedy, gdy prawie wcale nie są już twoje, a pochodzą ze słowników tajnych nauczycieli, stają się groźne jak pociski. Tym większego kalibru, im bardziej jesteś przekonany, że twoje słowa są całkowicie twoje, że to ty nazywasz nimi swoje myśli, że ty sam do tych słów i myśli doszedłeś. Paradoksalnie takie przekonanie przychodzi, gdy twój mózg jest już całkowicie zindoktrynowany. Pilnuj więc swoich słów, żeby nie stały się pociskami. I strzeż się wszystkowiedzących nauczycieli.


Nasz dom, nasza mała ojczyzna


Fot. Tadeusz Majewski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz