czwartek, 5 czerwca 2014

TADEUSZ MAJEWSKI. Pani Genowefa świetnie pamięta Władysława Popielarczyka

O Władysławie Popielarczyku - wybitnym malarzu, poecie, wielkim artyście warszawskim rodem z Kociewia, pisałem w jednej z części reportażu "Gdzie jesteś dziewczyno z lat sześćdziesiątych". O jego artystycznych dokonaniach z okresu warszawskiego jest w internecie sporo, o dzieciństwie i młodości tej wczesnej, nic. Uparty jestem i odszukałem osobę, która świetnie pamięta Popielarczka z tego okresu...



Czasami jedziesz do tych samych bohaterów tekstów po kilku - kilkunastu latach, bo okazuje się, że jakiś drobny wątek nagle staje się głównym tematem nowego reportażu. Tak było ostatnio z panią Genowefą Kaczmarek. Byłem u Genowefy i Stefana Kaczmarków 5 lat temu. Pan Stefan miał wówczas 87 lat. Zmarł w tym roku. Pani Genowefa, która wówczas od czasu do czasu nieśmiało włączała się do rozmowy z kuchni, dziś jest w takim samym wieku, jak wtedy jej mąż. Przypomnę fragmenty tamtego reportażu, w którym pojawiła się tylko wzmianka o Popielarczyku. Wówczas nie znałem tego nazwiska. A teraz Władysław Popielarczyk jest bohaterem już drugiego tekstu.


Fragmenty reportażu z 2006 roku (całość - "No to niuch tabaki" - przejdź)

Stary, świetnie utrzymany dom w centrum Wielkiego Bukowca. Mocno posmarowane spalonym olejem dechy ścian, solidny dach, posprzątane podwórze. Stefan Kaczmarek ogląda skoki Małysza. Siadamy, rozkładamy sprzęt. Pan Stefan z grzeczności gasi telewizor.

- Małysz może być, panie Stefanie. Obejrzymy sobie ten skok na złoty medal, zanim pani Genowefa (83 l.) sparzy kawkę... A pan tak niuch tabakę...

- Ona daje mi zdrowie.

- Sam pan przygotowuje?

- Sam. Według własnej receptury.

- Jak długo Pan zażywa tabakę?

- Czterdzieści lat. Trzyma mnie przy zdrowiu. Nie chodzę do lekarza, nie biorę tabletów.

- Spotyka się pan z innymi mężczyznami i razem ją zażywacie?

- Nie. Tak robią Kaszubi! Ja sam zażywam.

Telewizor znów włączony. Małysz frunie po złoto.

Genowefa Kaczmarek z domu Rudnik przynosi kawę i, jak to kobieta w takich sytuacjach, chce się wycofywać do kuchni. Stamtąd łatwiej strofować męża, żeby za dużo nie gadał, bo pójdzie w świat.

- Genowefa z domu Rudnik... No niechże pani opowie o tych Rudnikach. Skąd się wzięli.

- Oni tu mieli gospodarstwo. Tyle co wiem, to to, że mój ojciec wprowadzał się do tego domu tuż po budowie. Postawił go Landowski z Kasp(e)rusa i sprzedał. Syn Landowskiego chodził po wsiach z koszami.

- A kiedy postawił?

- Mój ojciec urodził się w 1882 r. Miał 7 lat, jak się rodzina Rudników wyprowadziła się z Wolentala i wprowadziła tutaj. Można więc obliczyć. Ale ma ze 130 parę lat. W Buk(ó)wcu jest jeszcze starszy, w kutlu (bocznej uliczce), jak się jedzie na Czarnylas.

Liczymy. 1882 plus 7 równa się 1889 rok. W tymże więc roku rodzina Rudników wprowadziła się do domostwa. W tym też zapewne powstał. Ma ze 120 lat.

- Oni się wyprowadzili z Wolentala, a my się sprowadzili do Wolentala z Lubichowa - mówi pan Stefan. - Kupili gospodarka po Wiśniewskim. Ja miałem wtenczas 14 lat, a więc sprowadzili się do Wolentala w 1934 r. Chodziłem do szkoły w Lubichowie, a potem w Skórczu.

- A w Lubichowie gdzie mieszkała pana rodzina?

- Mieszkelim koło dworca. Mielim dwóch lokatorów. Nie było łatwo, bo piach. Ojciec z rodziną jeździł na niziny, na Żuławy, a mnie posyłeli do dziadków na Kranku. Trzy lata ja tam u babci siedział. Babka, ze strony ojca, goniła mnie do roboty. Mieli prawie 17 hektarów. Rodzice przeprowadzili się do Wolentala, bo matka chciała mieć hektary, chciała być gburka. Bo dopiero gbur, a już całkiem duży bamber, co miał 100 hektarów, mógł dzieci kształcić.

- I została w Wolentalu gburką?

- Nie. Mieliśmy 10 hektarów.

- W Wolentalu był podobno przepyszny pałac z oranżerią. Ale właściciel, Niemiec, opowiadali mi, zabił się jadąc z kochanką bryczką z Gdańska.

- Pamiętam Orstmana (Horstamnna - przyp. T.M.). On się nie zabił, jego sparaliżowało. Jego córka, Elza, zaczęła sprzedawać ziemię. Nam sprzedała 3 hektary. Przedtem Orstman jeździł po polach na koniu i gonił, bo mu kredli kartofle. Ziemie miał aż pod Buk(ó)wiec.

- Niechże pani nie ucieka do kuchni... A w okupacji gdzie pani była?

- Urodziłam się w 1924 r., a więc w okupacji byłam już panną. Niemcy wzięli mnie pod Barłożno, na przedwojenne gospodarstwo Raduńskiego. W okupacji przyszedł Arab (mówili - Araby, Besaraby), Niemiec ze Wschodu. Ona była estdojcz, a on półrusek. Raduńskim ziemie zgarnęli, wywieźli do lasu, a Araba wsadzili. Ja u nich pracowałam... Rodzice podpisali trzecią grupę, żeby uratować to, co mieli w Buk(ó)wcu. Inaczej by poszli na bruk. Już był jakiś Niemiec chętny na ten dom.

- A pan - w okupacji?

- Urodziłem się w 1920 r., miałem w 1929 r. 19 lat. 19. rocznik był w poborze, a 20. jeszcze nie. Rodzice też musieli listę podpisać, bo mieli 13 ha, a jak ktoś miał 13 ha, to już dawali Niemca albo Araba, co trocha mówił po niemiecku... O tym Arabie (do żony) - to był twój pan. Musiałaś mu "her" mówić - "her Schreiber"). W 1945, kiedy przyszedł był Rusek, powiedział do Araba tak: "Nie chce mi się ciebie zastrzelić. Sobie idź. Ja ciebie znajdę w Berlinie"... 4 lata siedziałem u bambra w Bok(ó)wcu, gdzie było najwięcej Niemców spośród tych wszystkich wiosek. Co drugi był Niemiec. Musiałem obdoić 11 krów. Musiałem śrutować, wykarmić. I świń miałem ponad 50. Od 5 do 20 robota.

- O Jezus, ale Polska się naczyta - wzdycha Genowefa.

- Niech czytają, bo prawdę mówię... W 1943 wzięli mnie do Wehrmachtu. Brali kto chciał czy nie chciał. Jak się nie godził, to na drzewo albo do lasu. Nauczyciel Knasiak z Wolentala nie chciał, to go wzięli do lasu. Potem z Buk(ó)wca Popielarczyka. Też go wzięli do lasa. Po wojnie ich wykopeli. W Skórczu z Ruskami leżą, co w Buk(ó)wcu byli wybite i w Wolentalu... Oni się tego nie spodziewali. Myśleli, że ich zamkną w obozie, a nie kulka w łeb.


Wrzesień 2011

Ten sam dom. Te same czyściutkie pokoje. Pani Genowefa parzy kawę. Po chwili rozmawiamy.

- Powiedziano mi, że pani będzie pamiętać Władysława Popielarczyka. Jego "warszawski" życiorys jest znany, ale "bukowiecki" nie. Znała pani tego artystę?

- Oczywiście. Chodziliśmy do szkoły…

- Aha. Genowefa z domu Rudnik - to wiem. A kiedy i gdzie się pani urodziła?

- Urodziłam się 18 sierpnia 1924 roku w Wielkim Bukowcu. Tata nazywał się Franciszek Rudnik, a mama Franciszka z domu Raszeja.

- Raszeja! A jakie pani miała włosy? Bo Raszejowie, pochodzący podobno z terenów Libanu, mają czarne.

- Byłam blondynką. Ale moja mama miała ciemne.

- To tak na marginesie z tymi Raszejami. Chodziła pani tu do szkoły?



- Tak, chodziłam do szkoły w Wielkim Bukowcu. Mieściła się w budynku przy ulicy głównej, to znaczy tej asfaltowej. Były cztery klasy, choć mówili, że sześć… Właściwie to klasy były jeno dwa. Takie łączone. Chodziłam siedem lat.

- Dzieci w pani klasie zapewne było mało...

- Nie, spora klasa była. Kiedyś mieli więcej dzieci jak teraz, bo teraz oszczędniej żyją.

- Pamięta pani Władysława Popielarczyka?

- Bardzo dobrze. Władek był ode mnie może trzy, może cztery lata młodszy. A jego siostra Zosia była moją przyjaciółką. Chodziła ze mną do jednej klasy. Ona miała urodziny 14 maja, a ja w sierpniu. Mieszkali koło bożej męki, czyli bliziutko nas. Ich matka miała na imię Waleria, a ojciec Aleksander. Do Wielkiego Bukowca przyjechali ze Szteklina, gdzie mieli rodzinę.

- Bliziutko mieszkali, więc pewnie często pani u nich bywała… Mieli więcej dzieci?

- Bywałam bardzo często. Ich było dwoje dzieci, ta Zosia i ten Władek.

- Najbardziej mnie interesuje, czy Władek miał od dziecka smykałkę do malowania.

- Od małego wyróżniał się z plastyki, był w tym specjalistą. Kiedyś mielim narysować w szkole kręcącego Antośka. Nie wiem, co to miało być. Tak się nazywało to zadanie. A on nie chciał nam narysować. Prosiłyśmy go, żeby narysował, błagałyśmy, płakałyśmy, bo byłyśmy dno w rysunkach, a on nie chciał, uparł się, na złość. I wtedy narysowała nam go jego matka. To ona miała talent plastyczny i Władek odziedziczył po niej. Narysowała Antośka jak klęczy. Władek nawet z wycinanek potrafił sanki zrobić. Trochę powycinał i to było piękne. W szkole go wyróżniano, bo z plastyki to był specjalista. Malował, rysował. Raz ustał koło naszej furtki i narysował mojego ojca, jak rąbał drewka. Robił szkice na papierze. Pewnego razu, gdy jego rodzice mówili pacierze, to on z tyłu siedział koło pieca i ich narysował. A oni się wcale tego nie spodzieli.

- Tak sobie go wyobrażam. Chodzącego po wsi i rysującego. Wie pani, w jego późniejszej twórczości pojawia się świat Wielkiego Bukowca. Przynajmniej ja tak to widzę.

- Nie zawsze miał czas. Oni (Popielarczykowie - przyp. T.M.) mieli koza, to on z ta koza chodził na skarpy, na kolej. Na skarpy koło wolentalskiego mostu. Jak kolejarze jechali drezyną, to on musiał uciekać, bo go płoszyli… Wszyscy wtedy mieli kozy i to nie było nic dziwnego. Nikt nie myślał, że ten chłopak będzie artystą.

- A podczas okupacji?

- Nie wiem, bo mnie tu nie było. Ale pamiętam 1939 rok. Jego ojciec, Aleksander, ukrywał się koło wolentalskiego mostu, w tych bagnach przy Jeziorze Czarnoleskim. Ale go złapali i zabili. Zastrzeleni byli w lesie, w masowym grobie leżeli. Ja byłam przy tym, jak wykopali jego ciało. Poszłyśmy z Zosią i ona go poznała, bo robiłyśmy w szkole szaliki, ona dla taty taki zielony. I on ten szalik miał, i po tym szaliku go poznała, bo to się jeszcze zachowało.

- A co Niemcy mieli do Aleksandra Popielarczyka?

- Ukrywał się dlatego, że był pochodzenia ruskiego. Czysty Polak nie był. Tak nieraz sobie kogoś upatrzyli, choć nie był nikim ważnym. On był Bogu ducha winny… Po ekshumacji ich przenieśli do Skórcza na krzyżówki, tam gdzie stoi pomnik. Jest pochowany w Skórczu, a dlaczego to ja nie wiem. W czasie okupacji to mnie tu nie było.

- A pamięta pani Władysława Popielarczyka po wojnie?

- Po wojnie on już tu nie przyszedł. Mieszkał już wtedy w Warszawie. Przyjeżdżał do mamy, Brzóskowej z drugiego męża. Kiedy przyjeżdżał do mamy, to się schodzilim, albo my do nich, albo on do nas. On bez końca szkicował. Ciągle mówiliśmy: "Pokaż, Władek, co zrobiłeś…". On tu ze mną rozmawiał, a tu szkicował. "Pokaż, Władek, co nagryzałeś…", a on uż miał jak jego siostrę jej kolega wiezie na sankach.

- Często tu bywał po wojnie?

- Często. Jego tu ciągnęło.

- A co najbardziej lubił rysować?

- Bardziej takie obrazki z życia, ludzi w trakcie roboty.

- Był w Warszawie malarzem, poetą, śpiewał i grał na gitarze. Czy przed wojną pisał wierszyki albo śpiewał?

- Wierszyków nie pisał. A czy śpiewał? Nieraz przy piecu tak usiedlim i śpiewelim, to on też śpiewał z nami. Ale pod tym względem to on chyba nie był specjalnie uzdolniony.

Tadeusz Majewski

Materiał opublikowany 3.10.2011 r.

Na zdjęciu pani Genowefa Kaczmarek. Fot. Tadeusz Majewski



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz