czwartek, 23 czerwca 2011

Andrzej Grzyb. Wakacyjna historia Kociewia

Nawiązując do felietonu Tadeusza Majewskiego pt. "MOJE PROWOKACJE. Kociewiacy - potomkowie I UE"....


Wakacyjna historia Kociewia

Nawet jeśli nam się wydaje, że dorośliśmy ponad miarę, to zawsze jesteśmy dziećmi. I ważne jest, abyśmy nie wstydzili się stale pytać - zadawać tych niby prostych, a kłopotliwych pytań: po co, dlaczego, a co to jest? Poważni naukowcy od takich pytań zaczynają. Żadne pytanie dziecka w gruncie rzeczy nie jest dziecinne, ale jest poważne. Otwiera jakiś proces myślowy, wymaga wyjaśnienia i wcale nie jest proste. My czasami machamy ręką zniecierpliwieni, że malec z takim uporem wciąż pyta: a co to jest?



A powinniśmy czuć odpowiedzialność i próbować mu na to odpowiedzieć. Otworzymy przed nim nowy świat. I może również przed sobą. Te pytania są podstawą do zrozumienia mikro i makroświata. Wyobraźmy sobie astrofizyka, który patrzy na gwiazdy i - zadając właśnie takie bardzo proste pytania: dlaczego one są tak blisko, dlaczego się układają w taki wzór, a nie inny, dlaczego tak mrugają? - pyta o sens kosmosu, o tajemnice kosmosu, i próbuje je potem za pomocą języka matematyki i fizyki wyjaśnić. Tym sposobem może w przybliżeniu określić odległość Ziemi od jakiejś gwiazdy, wyjaśnić, czy ta gwiazda jest młoda, czy stara, czy jest związana z innymi gwiazdami w galaktyce i w końcu, czy dookoła niej też przypadkiem nie krążą planety. Dobry fizyk, zresztą nie tylko, każdy, kto drąży sprawę i chce się dowiedzieć, wie, że kiedy już odpowiedział na bardzo trudne i jednocześnie proste pytanie, może się spodziewać następnego, bo sam je sprowokował. I znowu będzie: a dlaczego, a czy tam ktoś jest, a po co to wszystko, jakie zasady rządzą bliskim i dalekim kosmosem?

Ta sama zasada dotyczy naszego najbliższego małego świata. Wychodząc za próg, widzę na polu kilka kamieni i zastanawiam się, dlaczego one tam akurat są. Czy przyniósł je na grzbiecie lodowiec, kiedy kształtował się na Pomorzu teren, czy też te kamienie ułożyli ludzie? Przecież nie wczoraj, a przed kilkuset laty. Co znaczy ten układ kamieni, co się pod nimi kryje. Dlaczego któryś z nich jest ociosany albo posiada wyraźne wyżłobienia? A może to był jakiś ołtarz ofiarny? Może to było miejsce szczególne dla jakiejś grupy ludzi, o których dzisiaj nie wiemy już nic.

Innym razem w pobliskim lesie widzimy kilka porośniętych mchem wykopów, układających się w jakąś linię i jeśli jesteśmy dociekliwi, to dojdziemy do tego, że to pozostałości okopów z końca II wojny światowej. Jeżeli jesteśmy w okolicach Zimnych Zdrojów, to może się okazać, że tam właśnie syn marszałka Tuchaczewskiego - zdegradowany oficer karnej kompanii - został przez marszałka Koniewa przywrócony do stopnia za bohaterski atak na te transzeje. To też nasza historia, czy my tego chcemy, czy nie, i to bolesna. Żołnierz frontowy, ten z oddziałów szturmowych, przeżywał średnio dwa dni, może tydzień. To było zbiorowisko bohaterów i bestii. Rabowali i gwałcili. Niemcy, Rosjanie, wcześniej Szwedzi, taboryci, brandenburczycy czy inni zaciężni żołnierze - żadna różnica. A i u nas niepapierowych, a z krwi i kości Kmiciców i Kiemliczów, niekoniecznie nawróconych czy przemienionych, nie brakowało.

Każdy z przytoczonych przeze mnie fakt może być początkiem albo środkiem, albo i zakończeniem niekończącej się opowieści o naszym Kociewiu, o Pomorzu, o Polsce, o Europie. Wyobraźmy sobie coś takiego - bierzemy do ręki garść piasku, potrząsamy tak długo, aż zostanie nam na dłoni jedno ziarnko. To ziarnko było kiedyś wielką skałą, częścią wielkiej góry, lecz siły natury doprowadziły do tego, że teraz jest maleńkim ziarnkiem. A między tą górą a tym ziarnkiem jest opowieść, której trzeba się domyślać, którą trzeba po prostu wypowiedzieć, przynajmniej próbować.

Wszyscy mają w sobie ciekawość świata, tylko u niektórych jest ona szczególna. Niektórzy próbują tę ciekawość zaspokoić aktywnie, zadając pytania, czytając książki, szukając odpowiedzi, a inni tylko słuchają. I tym sposobem swoją ciekawość zaspokajają.

Wyobraźmy sobie wielowarstwową kalkomanię. Pocierając szary wierzch, nagle wydobywamy na wielu poziomach kształty, zwierzęta, ludzi, widzimy zmieniający się krajobraz i zmieniających się ludzi. Ważne jest to, żebyśmy patrzyli i próbowali patrzeć wspólnie. Wtedy nagle ten obraz robi się prawdziwie przestrzenny.

Wielu dochodzi do różnych odpowiedzi, które wcale nie muszą być sprzeczne. Na okładce "Rydwana" i w samej nazwie jest nawiązanie do fragmentu ceramiki wydobytej dawno temu z naszej ziemi. Postać ludzka na czterokołowym wozie (rydwanie) ciągnionym przez konie. Rysunek jest punktowy, jakby zrobiony przerywaną linią. Z jakiego to czasu? Dwa tysiące lat przed naszą erą? A może trochę wcześniej? I co przedstawia ten rysunek? Kiedy porównamy wiedzę zawartą w źródłach archeologicznych, to możemy się domyślić, że jest to jakiś dawny bóg. Wyobrażenie boga wojny? Może zachodu słońca? Po tym ludzie nie ma już śladu, wymarł albo wtopił się w inne ludy. I proszę, my po czterech tysiącach lat oglądamy ten rysunek. To też jest początek ogromnie ciekawej opowieści.

W połowie VI wieku Jordanes zapisał: "nad brzegiem Oceanu (Morza Bałtyckiego) tam, gdzie trzema ujściami wchłania on wody rzeki Vistula (Wisła), siedzą Widiwariowie, złączeni w jedno z rozmaitych narodów." Wielu uczonych sądzi, że ta wzmianka jest dowodem na współżycie na Pomorzu w tym okresie różnoetnicznych grup, wenedzko-słowiańskich, bałtyjskich i germańskich. Może to była taka pomorska Unia Europejska.

Bo ludy wtedy przychodziły i odchodziły. A bliżej na przykład - wracając do tych kamieni - możemy wyobrazić sobie Gotów i Gepidów, którzy z północnej Europy, ze Skandynawii, szli wzdłuż rzek aż do Morza Czarnego, do Bizancjum, do Rzymu. Przez jakiś czas, niekiedy były to wieki, zamieszkiwali nasze dzisiejsze ziemie. I być może jesteśmy w jakiejś części ich potomkami. W bardzo wczesnych wiekach średnich wikingowie, choć tę nazwę długo by trzeba było wyjaśniać, oprócz typowych grabieżców byli też handlarzami, a i ludźmi szukającymi dla siebie nowej ziemi. Też penetrowali i zamieszkiwali dorzecze Wisły, a według niektórych badań, kto wie, czy nie stanowili drużyny książęcej Mieszka, a potem Chrobrego. Były czasy już średniowieczne, kiedy królowie polscy wyprawiali się na Pomorze najzwyczajniej po łupy. I nieraz doznawali tu całkiem sporych klęsk. Można też później, w czasach Jagiellonów, ale już po bitwie pod Grunwaldem, pokazać czas złoty dla naszego regionu. Złoty choćby z tego powodu, że więcej było pokoju niż wojny. Starożytni Grecy mawiali, że powszedni jest czas wojny, a wyjątkowy jest czas pokoju. Tak było i u nas. Tereny Pomorza i tereny Kociewia wielokrotnie doświadczały różnego rodzaju klęsk, w tym najczęściej klęski wojny.

Wojny i zarazy w znacznej części wyludniały niekiedy te tereny. Ale od czasów książąt pomorskich, potem joannitów, Krzyżaków i późniejszych czasów królów polskich sprowadzano tutaj osadników. Skąd ci osadnicy przybywali? Z terenów księstw niemieckich, z Pomorza Zachodniego, z Wielkopolski, z Mazowsza, z terenów, gdzie ludzi było wówczas aż nadto. Chociaż w małych osadach po lasach - a Bory Tucholskie to były wtedy naprawdę bory, nieprzebyte - ostawała się część ludzi czy mieszkańców wcześniejszych wobec tych, którzy tu zostali sprowadzeni z zewnątrz. Ludzie wrastali w tę ziemię, mieszali się z tuziemcami i tworzyli nowe społeczności. Po niektórych z tych osadników nie ma dziś śladu, niektórzy z tęsknoty albo wygnani wracali do domu, do siebie, inni są tak samo częścią historii, trwania, jak i wszyscy, którzy tu byli. To cały czas był tygiel.

To taka skrócona wakacyjna historia pradziejów Kociewia.

Zaczynanie historii Kociewia od czasów napoleońskich nie jest właściwe. To znaczy od słowa zapisanego w meldunku polskiego oficera, który zapisał w ten sposób nazwę okolic Gniewa - Gociewie. Wyobraźmy sobie, że wszystko, co działo się wcześniej, też w tej sprawie jest istotne.

Choćby zapis u Bystronia, który na początku XX wieku wybrał się na Pomorze w celach etnograficznych, ale nie tylko, i zapisał, że za Świeciem wjechał na tereny tajemnicze, piękne i gospodarczo dobrze rozwinięte, gdzie ludzie pańszczyzny nie znali, do krainy wolnych kmieci, czyli właśnie na Kociewie, i użył słowa Kociewie. Nasza historia ma też głęboki związek z zakonem cystersów, kto wie, czy nie większy niż z historią tworzoną przez dwory książęce, królewskie czy zakony. Duża część Kociewia to po prostu były tereny zakonu cystersów w Pelplinie. Stąd moje spore zainteresowanie kroniką świętego zakonu cystersów w Pelplinie, którą próbujemy od nowa przetłumaczyć, opracować naukowo i wydać, bo to dokument istotny nie tylko dla tych ziem, ale dla całego Pomorza i Polski. Dla Kościoła i Europy też. Po łacinie. W tej kronice, która z dokumentów oryginalnych jest złożona i zaczyna się od czasu sprowadzenia, tj. XII wieku - cystersów do Pogódek, a kończy się na kasacji zakonu w XIX wieku, pojawiają się z dokumentów dzierżawy nazwy miejscowości, nazwiska, umowy handlowe z okolic Tczewa, Gniewa, Pelplina, źródło przebogate a nieznane. Ważne dla naukowców i zwykłych zjadaczy chleba, którzy zadają pytania podstawowe: a skąd, a dlaczego, a po co?

Chcemy czy nie chcemy, wszystko to, co wyżej i wiele więcej rzeczy pominiętych jest częścią naszego świata współczesnego - tej bliższej i dalszej okolicy. Wszystko zależy od nas. Czy wystarczy nam przekonanie, że jeśli czujemy się Kociewiakami, to Kociewie jest, czy też będziemy się jeszcze doszukiwali korzeni, z mniej lub bardziej dobrze wyjaśnionej naszej historii.

Wracając do kalkomanii - dobrze byłoby, gdybyśmy spróbowali odtworzony z niej obraz ciągle uzupełniać o nowe warstwy, bo to i ciekawe, i umacniające naszą tożsamość.

Nawiązując do felietonu Tadeusza Majewskiego pt. Kociewiacy - potomkowie I UE, to prawda, że Unia Europejska była tu od średniowiecza - i to nie administracyjna, ale faktyczna. Nieszczęścia i czas dobry łączą ludzi z całej Europy, choć zawsze była tu ludność, która mniej lub bardziej czuła się rdzenna. W sensie choćby pamięci, nie zawsze dobrej, choć może niesłusznie, jesteśmy potomkami Krzyżaków, cystersów, choćby z tego powodu, że długi czas prowadzili tu gospodarkę, i to wcale nielichą. Zagospodarowywali ziemię, wpływając na jej kształt. Uczyli budować młyny, kopać stawy, uprawiać rolę, zakładali hamernie, huty i tartaki. Jak i na każdym terenie była tu szlachta pomorska. Niektórzy od nazwy późniejszych Prus Królewskich zaliczali ją do szlachty pruskiej. To też skomplikowana historia, ale któż dzisiaj wie, że na Kociewiu gospodarzyli Bazyński, Radziwiłł, Konopacki, Czapski i inni, wiele nazwisk mogłoby się wydać niemieckich, a tak naprawdę były całkiem pomorskie. Przedstawicielami szlachty rycerskiej są choćby Wieccy, mieszkają do dzisiaj pod Skarszewami, czy Puttkammerowie, którzy mieszkają w Zblewie. Ale to ledwo zaczęty temat, bo kiedy został grobowiec, na przykład Jackowskich, widoczny z drogi, to siłą rzeczy o tym pamiętano, ale po wielu dworach, pałacach, a nawet zamkach ślad nie został żaden. A w czasach Grzymisława i wcześniej budowano grody i domy z drewna, co przesądziło o tym, że ledwo ślady wałów, palisad, czy pali szkieletowych do dzisiaj pozostały. Czasem w gąszczu tych prawd i półprawd trudno się zorientować. Może zadając kolejne pytania, znajdziemy kolejne odpowiedzi.

Przecież to miło dowiedzieć się, że sąsiad spod Skarszew pośród przodków ma Czechów, raczej z czasów napoleońskich niż z czasów taborytów. A inny sąsiad spod Zblewa ma wśród przodków kogoś z Miśni. A jeszcze inny może szukać swoich przodków wśród Flamandów, Szkotów czy też Skandynawów. Można by posłużyć się cytatem z hymnu kociewskiego Sychty "jedna matka nas wszystkich kolebała" - pierwsza połowa XX wieku. Największe jednak zniszczenia materialne na Kociewiu pochodzą z czasów II wojny światowej i powojennej kolektywnej gospodarki. Co nie zostało zniszczone w czasie wojny, w wielu wypadkach zostało zrujnowane po wojnie. Niemniej świadectw, które pozostały choćby w postaci dworów, kościołów, założeń zamkowych jest jeszcze sporo. Niekiedy są przebudowane, pomniejszone, tak że trudno nawet się domyślić, że kiedyś były to piękne siedziby. Jeszcze dzisiaj pośród naszych pól można znaleźć stare piękne gburskie dwory. Trzeba pamiętać, że wielu gburów, bogatych kmieci, dobrobytem znacznie przewyższało schłopiałą szlachtę, która prócz nazwiska miała tylko morgi. Trudno się pogodzić, ale tak jest - jeżeli pozostawimy pojedynczy dom czy też starą wieś w polu bez jednego mieszkańca, to za dwadzieścia lat natura zacznie odzyskiwać to miejsce. Nawet na dachu pojawią się brzozy. Przyjdą pierwsze zwierzęta, a po pięćdziesięciu czy siedemdziesięciu latach ledwo będzie można się domyślić, że to był dom, że to była wieś. Czasem zostanie tylko polana w lesie z dziwnym sztucznym jeziorem, oczkiem wodnym. I dopiero dobrze przyglądając się, szukając, znajdziemy w zaroślach ułomek betonu, kilka dachówek czy zardzewiałą miskę. Budzi się w nas może i słuszna pretensja, że tak nie powinno być, ale z drugiej strony przecież wiemy, że cały świat nas otaczający zmienia się, że my cały czas na nowo go budujemy i szkoda tych dawnych budowli - pamiątek historycznych, źle, że ktoś się tym nie zainteresował, nie wyremontował, nie zachował, ale prawa natury są nieubłagane. Zostało porzucone, to powróciło do natury.

Ogromnie powinniśmy się cieszyć tym, że znajdują się ludzie, którzy z pasją próbują zbierać, odtwarzać, zapisywać to, co przeminęło. Bo nawet taka niefachowa, lecz z sercem prowadzona praca badawcza poszerza ogólny zasób wiedzy i pozwala trwać regionowi. Nawet z pozoru zbyt emocjonalna dyskusja prawdziwych historyków czy amatorów w sumie coś daje i to zawsze więcej dobrego niż złego, bo złe na szczęście zostanie zapomniane.

Takie wakacyjne pisanie historii - można by zacytować, że jest to historia typu idzie skacząc po górach - ma sens.

Warto więc zadawać proste, zdawałoby się dziecinne pytania. Za każdym razem, kiedy znajdziemy odpowiedź, pojawi się nowe pytanie. Owa tajemnica, początek ciekawej opowieści. Bądźmy więc ludźmi ciekawymi na wiele sposobów.

Niedawno podziwiałem chłopca, który przyglądał się jaszczurce i niepytany nawet nagle powiedział: czy wie pan, że to był kiedyś smok? Cóż za piękny początek prawdziwej opowieści i baśni jednocześnie. Uchwycił tym jednym stwierdzeniem istotę tego, do czego Darwin musiał dojść, płynąc na Galapagos.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz