środa, 9 lutego 2005

U Grabanów

- Nam się życie udało, ale naszym dzieciom nie - mówią Grabanowie. - A teraz co?

Odwiedzamy Lidię i Piotra Grabanów, którzy w 2004 r. obchodzili 50-lecie pożycia małżeńskiego. Nasza wizyta skłania jubilatów do wspomnień. Opowiadają na przemian, z wielka chęcią i energią. Później powiedzą, że z ich zdrowiem nie jest najlepiej.

Poznali się przy żniwach

- Nie poznaliśmy się na zabawie czy majówce, a przy robocie, przy żniwach w Pączewie, skąd Lidzia pochodzi. Tak naprawdę, to jej siostra nas zraiła - śmieje się pan Piotr.
- On mi się zawsze podobał, to był naprawdę ładny chłop. Miałam innych, ale tamci mi się tak nie podobali. Powiedziałam to siostrze i tak jakoś wyszło. Na odpuście spacerowaliśmy już razem. Od słówka do słówka i tak jakoś wyszło. Po pół roku od naszego poznania odbył się ślub. Wesele było duże, na ponad 70 osób. Pięć par maszków przyszło. Pojedli, popili, potańczyli, powygłupiali się. Wesele było godne, bo moi rodzice mieli 29 ha. Trzech Pączków ze Smolnik grało.



Tak wędrowaliśmy

I po ślubie. Młodzi zamieszkali z teściami.
- Potem poszliśmy do kołchozu, potem z powrotem do teściów i tak wędrowaliśmy.
W 1962 roku Grabanowie kupili gospodarstwo 0,75 ha w Leśnej Jani. Pan Piotr poszedł do pracy w "Peberolach". Nauczył się fachu, robił "za murarza". Pani Lidia 11 lat pracowała jako siostra PCK i też wyrobiła sobie emeryturę.
Grabanowie wychowali troje dzieci, mają dwóch wnuków - starszy ma 27 lat, młodszy 6.

Nigdy nie była precz
Pytamy o nieporozumienia.
- My się pokłócili, ale za chwilkę było dobrze. Ja tam nigdy nie była precz i on też nie. On zawsze pensję mi oddawał i teraz rentę też. Zawsze ja gospodarowałam. I jest dobrze.
Robota jak rękawiczki
Pan Piotr z sentymentem wspomina czasy powojenne.
- Roboty nie zabrakło dla nikogo. Człowiek mógł ją sobie zmieniać jak panna rękawiczki. A dzisiaj? Te moje chłopaki (obaj mieszkają z rodzicami) siedzą w chałupie, prawdziwa nędza. Czasem wyskoczą gdzieś dorywczo, ale co to jest? Dla nas samych te emerytury by wystarczyły, ale mamy jeszcze 4 osoby na utrzymaniu. Jeden z synów pracował w Gdańsku, ale ten dojazd... To się nie opłacało. On więcej stracił niż zarobił. Wstawał o 3.00 rano. Uciemiężenie to było. Po wojnie fachu człowiek się nauczył i robota była, a teraz co?

Tekst i foto Teresa Wódkowska
Foto: Lidia i Piotr Grabanowie z ukochanym wnuczkiem Arturkiem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz