sobota, 21 listopada 2009

Panorama Kociewia. W cztery oczy z Tomaszem Walczakiem

W cztery oczy z…
Nie jestem przekonany, czy jestem politykiem (tytuł prasowy (Panorama Kociewia)

Z Radnym Tomaszem Walczakiem rozmawia Lucyna Ledwożyw

- Panie Tomaszu, jak nastrój po ubiegłotygodniowych "rewelacyjnych" doniesieniach lokalnego tygodnika opisującego Pana konflikt ze starogardzką kombatantką Panią Władysławą Megier?





- Do mało merytorycznych ataków tej gazety zdążyłem się już przyzwyczaić. Niejednokrotnie zdarzało się już w przeszłości, że ludzie związani z tą gazetą dopuszczali się wykorzystywania pewnych osób bądź kontekstu wydarzeń do własnych partykularnych rozgrywek.

- Ale czego dokładnie dotyczył ten konflikt, bo wiele osób jest zdezorientowanych, gdyż tytuł artykułu sugeruje, że nadużył Pan swojego stanowiska radnego, a treść w żadnym stopniu tego nie potwierdza. O co więc tak naprawdę chodzi w tej sprawie?
- Należy tutaj wrócić do początku roku 2007, kiedy to zostałem radnym. Wówczas osoby dziś pracujące we "Wieściach" próbowały przejąć w niezbyt czysty sposób dorobek wydawniczy "Wiadomości Kociewskich", których byłem twórcą i właścicielem. Dodatkowo jako radny i jednocześnie dziennikarz znany z zamiłowania "śledczego" miałem też licznych wrogów. Wielu nie było na rękę to, że będę miał większy wgląd na to, co dzieje się od środka w urzędzie. Na początku kadencji rozpoczęła się nagonka na moją osobę, gdzie m.in. podpuszczano do walki ze mną osoby takie jak Władysława Megier.

- Czym "podpadł" Pan Władysławie Megier, że zdecydowała się ona pójść do prasy ze swoim problemem?

- Jako dziennikarz w jednym ze swoich artykułów opisałem, co jest zresztą zgodne z prawdą, w jaki sposób Prezydent współpracuje ze środowiskami emeryckimi i kombatanckimi. Napisałem, że prezydent w "starym stylu" rozdał paniom emerytkom w Dniu Kobiet tulipany i czekoladę. Nie był to bynajmniej artykuł atakujący prezydenta czy środowiska kobiet. Do owego artykułu dodałem zdjęcie Pani Władysławy Megier, która została na nim uwieczniona w czasie sesji Rady Miasta, kiedy to toczyła bój o podwyżkę wynagrodzenia dla Prezydenta Miasta. Podpis do tego zdjęcia brzmiał: "Środowiska emeryckie bronią prezydenta". Po kilku miesiącach w jednej z lokalnych gazet ku mojemu zaskoczeniu ukazały się dwa listy szkalujące moją osobę. Autorką ich była pani Władysława. Jako radny, a jednocześnie dziennikarz nie mogłem sobie pozwolić na utratę dobrego imienia. Dodam tylko, że do walki politycznej ze mną wykorzystano nie tylko Panią Władysławę. Były również inne osoby. Chciałem to przeciąć i wytoczyłem proces przeciwko tej Pani. Żądałem, aby Władysława Megier przeprosiła mnie na łamach gazety, w której opublikowała oszczerstwa pod moim adresem.

- I jaki był efekt takiego postępowania. Udało się przed Sądem dowieść prawdy?

- Pani Megier przed Sądem zeznawała w taki sposób, jakby w ogóle nie orientowała się w tematyce sprawy. Zamiast merytorycznego przedstawiania materiału dowodowego Pani Władysława ni z gruszki ni z pietruszki zaczęła dowodzić, że nie jest kochanką prezydenta. Zarówno Sąd jak i ja pogubiliśmy się w istocie sprawy i w efekcie Sąd nakazał przeprowadzenie specjalistycznych badań lekarskich pod kątem tego, czy stan zdrowia Pani Władysławy pozwala na dalsze uczestniczenie w procesie. Ja zaprotestowałem na takie stanowisko Sądu, gdyż uważałem, że z tak błahej sprawy zaczyna robić się już tragikomedia. Wówczas poprosiłem Panią Megier, by poszła ze mną na ugodę i przeprosiła mnie publicznie w gazecie.



Pani Megier stwierdziła, cyt. "że jak dała radę Niemcom, to da radę i mnie" i nie skorzystała z mojej oferty. Sąd mój protest odrzucił i podtrzymał swoje stanowisko. Po upływie około roku sprawa została wznowiona. Biegli lekarze uznali, że Pani Megier może odpowiadać przed Sądem. Wówczas to na własnej skórze odczułem, jak działa tutejszy wymiar sprawiedliwości. Na niemal co drugą rozprawę sędzina nie stawiała się w związku z przedłożonym zwolnieniem lekarskim. W końcu na początku wakacji 2008 roku otrzymałem wezwanie na rozprawę, która odbyć się miała pod koniec sierpnia. Niefortunnie pomyliłem daty i usprawiedliwiłem nie ten dzień, w którym miała się odbyć rozprawa. Po wyznaczeniu kolejnego terminu stawiłem się i otrzymałem informację, że sprawa odbyła się nie 26 sierpnia jak usprawiedliwiałem, a 28 sierpnia. I w związku z tym Sąd bez usprawiedliwienia będzie zmuszony umorzyć postępowanie. W faktycznym dniu rozprawy miałem posiedzenie komisji, któremu przewodniczyłem. Kiedy ustalałem datę zwołania komisji byłem przekonany, iż tego dnia nie mam terminu rozprawy sądowej. W usprawiedliwieniu wskazałem Sądowi, iż moja nieobecność nie była zamierzona, podkreśliłem, iż dla mnie jako radnego ważniejszy jest interes mieszkańców, których reprezentuję, niż moja prywatna sprawa, dlatego nie stawiłem się na rozprawie. Liczyłem na to, iż Sąd zrozumie też moje argumenty. Niestety Sąd nie uznał tego usprawiedliwienia i sprawę umorzył. Odwołałem się od tego postanowienia i do dziś uznaję, iż decyzja Sądu jest dla mnie krzywdząca. Skoro wystąpiłem z aktem oskarżenia w obronie własnego dobrego imienia, nie mogłem celowo tej obrony podczas procesu zaniechać - byłoby to jakimś absurdem. Sąd winien w swych rozstrzygnięciach również brać pod uwagę interes pokrzywdzonego, jakim do dziś się czuję. Niestety Sąd Okręgowy podtrzymał postanowienie. Zaznaczam, że sprawa została umorzona z przyczyn proceduralnych.

- Jak to się stało, że po prawie roku od zakończenia sprawa ta stała się "jedynkowym" tematem w jednej z lokalnych gazet?

- Jak już wspomniałem wcześniej, są to rozgrywki personalne. Mam wrażenie, iż wydawca i redakcja "Wieści" mają kompleks co do mojej osoby. Zastanawia mnie, czy nie obawiają się, że ujawnię publicznie pewne informacje dotyczące przeszłości wydawców owej gazety, o czym mówiłem na Sesji Rady Miasta.

- Radny Kurkowski niejednokrotnie posługiwał się informacjami publikowanymi w tej gazecie do intryg politycznych, których byliśmy świadkami na sesjach. Czy radnemu Kurkowskiemu jest to na rękę?

- Na działalność radnego Kurkowskiego należy spoglądać z przymrużeniem oka. Ten pan ma swój świat. Ja najwidoczniej do jego świata nie pasuję. Na ostatniej sesji przypomniałem radnemu Kurkowskiemu jego negatywne zachowanie w stosunku do mojej osoby, kiedy będąc dziennikarzem ujawniałem przestępczą przeszłość redaktora portalu internetowego Platforma Kociewie Marka O. Mogę jedynie dodać, że Pan ten już odbył karę więzienia.

- Pojawiły się opinie na Pana temat, że jest Pan nieugięty, jeśli chodzi o swoje racje, dyskutuje do końca o nich nawet z osobami starszymi…

- Dzisiaj z perspektywy czasu żałuję, że wystąpiłem na drogę sadową, ale w tamtym czasie, kiedy moi przeciwnicy polityczni wykorzystywali do walki ze mną takie osoby jak pani Megier, nie miałem wyjścia. Musiałem tę nagonkę w jakiś sposób "przeciąć". Uważam, że dziś sumienie powinno gryźć tych, którzy podpuszczali wiekową osobę przeciwko mnie. Nie uważam też, że wiek zwalnia od odpowiedzialności. Jako osoba młoda, mająca na wychowaniu dwójkę dzieci, bardzo przeżyłem te ataki i nie powiem, że nie odebrały mi one też trochę zdrowia.

- Wspominał Pan, że ma informacje, które mogą zaszkodzić wydawcom owej gazety. Dlaczego ich Pan nie wykorzysta?

- Bo nadal liczę, że osoby, które dziś próbują zaglądać do sumień innych, same wycofają się w porę z zawodu zaufania publicznego, jakim jest zawód dziennikarza. Na pewno jeżeli dalej będzie ciągnęła się w tej gazecie nagonka na moją osobę, podzielę się informacjami, jakie posiadam na temat osób w niej pracujących i na pewno dla wielu będą one szokujące.

- Niektórzy mieszkańcy tęsknią za "ciętymi" artykułami Pana autorstwa. Czy w związku z tym nie zastanawiał się Pan nad powrotem do dziennikarstwa?

- Dziennikarstwo to nie jest łatwy zawód. W swojej pracy zawsze stawałem po stronie tych najsłabszych, niejednokrotnie narażając się władzom naszego miasta. Kiedyś ktoś zasugerował mi "Po co ci to? Z władzą, nawet jeśli jest zła, trzeba żyć dobrze". Pewnie gdybym miał taki "śliski" charakter, dziś nikt by mnie nie atakował, a ja - tak jak niektórzy z moich już niestety byłych kolegów dziennikarzy - czerpałbym z tego tytułu profity. Podkreślam, iż zawsze miałem swój kręgosłup i zawsze działam tak, aby móc spojrzeć na siebie w lustrze. Nie ukrywam, że być może jeszcze kiedyś wrócę do dziennikarstwa.

- Czy to oznacza, że nie chce Pan robić kariery politycznej? Niektórzy mówią, że rozważa Pan startowanie w wyborach o fotel prezydenta.

- Trzy lata temu, kiedy jako dziennikarz wchodziłem do Rady Miasta, miałem inny jej obraz. Dziś wiem, że aby załatwić błahą ulicę w mieście trzeba nie lada wysiłku. Ludzie są zawistni i potrafią jedynie podkładać nogi tym, którzy chcą coś zrobić. Uważam, że w tej chwili nie jest jeszcze czas na osoby takie jak ja. Rzeczą oczywistą jest, że celem każdego polityka jest władza, tylko ja do końca nie jestem przekonany, czy jestem tym politykiem, bo nie chcę walczyć o nią takimi środkami, jakie są zazwyczaj stosowane. Może dyplomatycznie odpowiem na to pytanie: zdecydowałbym się startować w wyborach prezydenckich tylko wówczas, kiedy mądrość i "merytoryka" będą bardziej medialne niż głupota. I nie wiem, czy to kiedykolwiek będzie realne.

- Czyli "dyplomatycznie" nie mówi Pan "nie" o prezydenturze?

Cieszę się, iż jako radny osiągnąłem sporo w tej kadencji. O prezydenturze powiem jasno - mam swojego najlepszego kandydata ze Stowarzyszenia Kociewskiego - mam nadzieję, że on sam się wkrótce zdeklaruje. To silna osobowość i autorytet dla wielu mieszkańców miasta. Na dzień dzisiejszy o prezydenturze powiem jeszcze tylko jedno - obecna - Edmunda Stachowicza jest najsłabsza.

- Z Pana wypowiedzi wywnioskować można, że nie ma Pan najlepszej opinii o obecnej władzy, w której sam Pan przecież zasiada…

- Są jednostki, które dobrze reprezentują mieszkańców. Niestety medialnie nie istnieją. Na ogół w gazetach pojawiają się takie osoby, jak radny Kurkowski czy jemu podobni. To na pewno obniża wizerunek tego gremium. Dla pewnych ludzi, których celem nie jest dobre rządzenie miastem, taki wizerunek i rozbicie Rady jest na rękę, ale to z pewnością ma krótkie nogi i do następnej kadencji może nie dotrwać.

- Dziękuję za rozmowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz