piątek, 12 sierpnia 2005

Okarpiec - Kurkowo

OKARPIEC, GM. OSIEK. Dookoła Kałębia w dużej części rośnie las. W tym lesie spotyka się - mówiąc umownie - dacze. Niektóre całkiem nowoczesne, inne przerobione ze starych chałup. Rzadko które domostwo należy do rodzin mieszkających tu z dziada pradziada





Nieśmiertelne Kurkowo

Jesteśmy w Kurkowie, o czym wieści napis na bramie - w zagrodzie rodziny Kurków, którzy mieszkali tu od... Zaraz, zaraz.

Zawsze tu się spotykamy



Dwa domy. Jeden zdecydowanie ponad stuletni, jak i stojąca przy nim lipa. To dom rodu Kurków. Drugi - nowy, z czterema mieszkaniami.
Sobota jest deszczowa i wszyscy gdzieś się pochowali. Przyjmuje nas Urszula Wasielewska. Z góry schodzi jej córka, Karolina. Najpierw gawędzimy o komunikacji ze światem.
- Na górze ściąga tylko jedna kreska z Ery - mówi Karolina. - Plus wcale nie odbiera, a Idea - jak się położy na parapecie.

Niektórzy podobno nie mogą tu, w Okarpcu, nic ściągnąć. A stacjonarny jest?
- Oczywiście. Wujek udostępnia.
Podczas naszej wizyty dwa tygodnie temu była tu cała rodzina. Teraz już wszystkich nie ma?
- Jest. Zejdą się. Siostra poszła na grzyby... W wakacje zawsze się tu wszyscy spotykamy.

Kto jest kim
- Bronisław Kurek, najstarszy w rodzie, ma 98 lat. Ja nazywam się Urszula Wasielewska, oczywiście z domu Kurek. Jestem bratanicą Bronisława. Urodziłam się i wychowałam w Okarpcu. Jestem Lasaczką, to podobno taki odłam Kociewiaków.



Okarpiec to takie ni to, ni owo. Porozrzucane w lesie zagrody. A do szkoły gdzie pani chodziła?
- Do Wycinek, 3 kilometry. Mieliśmy najdalej i zawsze byliśmy w szkole najszybciej. Nie było termometru. Nieraz przychodziliśmy, a kierownik Edmund Chojnacki mówił: " A wy gdzie? Szkoła nieczynna, bo jest minus 30 stopni". Do VI i VII klasy chodziłam do Trzebiechowa (w Wycinkach było 5 klas) - 5 kilometrów. Zimą przez Kałębie, bo bliżej...

Ilu stąd chodziło was do szkoły?
- Miałam straszne powodzenie (śmiech). Z Okarpca jako dziewczyna szłam sama. Więcej było chłopców. Ze mną chodzili trzej. Dwóch z nich, później marynarz i leśnik, już nie żyją... Jasne, że bałam się iść przez las.

Uczyć Janków Muzykantów

- Kiedy skończyłam podstawówkę, kierownik Henryk Ociesa osobiście zawiózł mnie na egzamin do renomowanego liceum pedagogicznego w Tczewie (tato wtedy zmarł). Wiózł jak takiego Kopciuszka z lasu. A potem cała wieś odprowadzała mnie do Wycinek na autobus.

Dlaczego akurat to liceum?
- Bo wymarzyłam sobie, że będę nauczycielką i że zajmę się talentami z takich wsi jak Okarpiec, które się marnują. I nie chciałam, jak to wtedy było - żenić się z morgami. Tak więc zachciało mi się iść w szkoły. Nerwy były, bo miałam 14 lat. Po liceum wróciłam do... Okarpca. Marzenie się spełniło. Pracowałam w szkole w Trzebiechowie. Uczyłam młodzież ze swojej miejscowości, również swoje rodzeństwo. Niektórzy byli tylko o 3 lata ode mnie młodsi.

35 lat z kredą w ręku

Słuchamy opowieści jej życia. O ślubie z Ryszardem (59 l.) - chłopakiem stąd, ale mieszkającym na Dolnym Śląsku, o 35-letniej pracy z kredą w ręku.
- Teraz pół roku mieszkam tu, a zimą na Śląsku. Nie cierpię gór. Tu wszyscy przyjeżdżamy. A ja próbuję zrobić drzewo genealogiczne. Pomaga mi córka Karolina.
Pani Urszula rozwija swoje opracowanie. Ciągnie się na podłodze jak papier z uruchomionej i zapomnianej drukarki. Ciekawe będzie zdjęcie.

Papier z diagramem czasu

- Senior rodu nazywał się Jan Kurek - Urszula wskazuje na tym ciągu papieru jakiś zapis. - Urodzony 20 października 1881 roku. Był żonaty z Marianną Tuszyńską, urodzoną w 1883 roku. Mieli dziewięcioro dzieci. Pobrali się w 1904 roku... Domniemamy, że urodzony w 1859 roku jego ojciec też miał na imię Jan, ale nie ma dokumentów...
Następuje krótka przerwa. Pani Urszula chce wędrować w głąb czasu, my do przodu, gdzie na tym szczególnym papierowym wykresie czasu jest już wszystko udokumentowane, a nie domniemane.

- No dobrze. Syna tego Jana z 1881 roku też miał na imię Jan. Był to brat naszego dziadka, 89-letniego Bronisława. Z kolei ten Jan miał syna Jana, który jest naszym bratem.
Trzech Janów po kolei!

- Mógł być czwarty. Ale nasz brat (który akurat wchodzi) postanowił przerwać pępowinę Janów. Ma dwóch synów - Mariusza Jana oraz Marcina. Wszyscy się tu zjeżdżają. Ostatnio nawet po 37 latach zrobiła nam niespodziankę i przyjechała siostra taty. Myślała, że to miejsce już dawno nie istnieje.

Chałupka musi stać

Znowu otwierają się drzwi. W żółtym płaszczu przeciwdeszczowym wchodzi siostra Urszuli - Teresa Rutkowska. W dowód, że są już grzyby, pokazuje prawdziwka.

- Teresa mając 15 lat trafiła do liceum medycznego w Tczewie... Potem zdobyłyśmy wyższe Tak, mama dała nam wykształcenie - na chwile rozrzewnia się Urszula. - Każdy z nasz czworga założył rodzinę, ale od 20 lat tu przyjeżdżamy. Odkładaliśmy do jednego worka pieniądze i zaczęliśmy budować ten dom. Robiliśmy pustaki. Każda z czterech rodzin ma teraz 54-metrowe mieszkanie. Ani centymetra więcej. Myśleliśmy, że ten dom obok - rodziców, dziadków i pradziadków - się zawali, ale nasz brat Jan powiedział: "Ta chałupka musi stać, bo to jest rodzinne miejsce". Przyjeżdżamy, kiedy przylatują bociany... Ja w tym roku siedzę od 7 maja, a w listopadzie wyjeżdżam. Mąż jest na rencie, zabieram go, aby pooddychał tym powietrzem.
- A my jesteśmy w każdy weekend - dodaje Teresa.
Wchodzi drugi ich brat. Milczący.

Kto tu jeszcze mieszka

A jak panie były dziećmi, to z czego tu ludzie żyli?
- Łąki były. Krowy hodowali, typowe rolnictwo. I węgorze łapało się ręcznikami w zimie. Ręcznikami, bo z dłoni się wyślizgiwały. Wychodziły z zamarzniętych jezior przez źródła. Mieliśmy 150 słoików samych węgorzy. Na obiad zawsze były węgorze. Po którejś już takiej samej porcji narzekaliśmy, że ciągle to samo. I jak wszędzie słuchało się Radia Wolna Europa. Zaspy były ogromne, ale ludzie mieli zakodowany strach przed UB.

A teraz to co to jest, ten Okarpiec? Ilu mieszka tu z dziada pradziada?
- Rdzennymi, nieśmiertelnymi są tu Grzybowscy, Kwiczory i my.

Trzy zabudowania. Na ile?
- Na dwadzieścia... W tej wiosce to już nie ten duch, nie te czasy, grzyby i język. Nie wiedzą, co to jest zacierka, maguster. Mają domy ludzie z Holandii, Francji, Niemiec, Grudziądza, Elbląga, Bydgoszczy. Wszystko tu jest wykupione, podzielone.

Ale stoi jeden dom pusty - z czerwonej cegły, z figurką Matki Boskiej w okienku.
- Pusty... Należy do lekarza z Torunia... Dla nas Okarpiec kojarzy się z uczciwością, dobrem, szczerością. Kiedyś się szło i Grzybowska wołała przez sztachetki: "Daj całusa!".

Ale to jest jakiś legendarny Okarpiec z przeszłości.
- No tak, teraz to letnisko. Wieś tutaj ma być agroturystyczna. Jednak można żyć z sąsiadami jak kiedyś...

Torebki

Teresa prowadzi nas do swojego mieszkanka obok, na swoje 54 metry. Przygotowała na naszą wizytę wystawę torebek, niektóre z lat 70. XIX wieku. We wszystkich są jakieś stare papiery.
- Nasza mama dużo takich zbierała po różnych pokoleniach, a my będziemy je też przekazywać dalej. Kiedy byliśmy młodzi, nikt ich nie mógł dotykać.
Niezwykły zbiór pamiątek.

Tadeusz Majewski, Marek Grania
Rodzina Kurek 1
Urszula rozwija papier z drzewem genealogicznym. Fot. Tadeusz Majewski
Rodzina Kurek2
W wakacje zawsze się tu spotykamy. Fot. Tadeusz Majewski
Rodzina Kurek3
Prosto z deszczu wchodzi Teresa. Wyjmuje z kobiałki prawdziwka. Fot. Tadeusz Majewski
Rodzina Kurek 4
Teresa prezentuje zbiór bardzo starych rodzinnych torebek. W ręku trzyma z krokodylej skóry. Fot. Tadeusz Majewski

Za magazynem Kociewiak - piątkowe wydanie Dziennika Bałtyckiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz