środa, 2 sierpnia 2006

Ma święta cały czas

Po Bożym Ciele wpadliśmy, zabiegani w codzienności, w jakiś taki świątobliwy, refleksyjny nastrój. Małgorzata Wróbel, opiekunka bożej męki w Wielbrandowie, nie potrzebuje świąt. Ona, pogodna kobieta, w takim

Pani Małgorzata mieszka w domu z czerwonej cegły przy wielkim zakolu szosy w centrum wsi. Dom musi być wiekowy, bo szosa leży znacznie wyżej od jego fundamentów. Po drugiej stronie asfaltu lśni w słońcu świeżą farbą boża męka.

Kobieta mieszka tu od 1938 roku. Dom stary, starożytny niemal, ale dało się go funkcjonalnie przerobić. - Tak zrobiłam mieszkanie, że mogę chodzić z tej strony, od szosy, i z drugiej - mówi wesoło pani Małgorzata.

Na co dzień opiekuje się bożą męką. Ostatnio kupiła farby. Odmalował syn Janusz, malarz. Ryszard Plutowski, Jerzy Wróbel i Wiesław Ciesielski zrobili płotek i też pomalowali.

- Pan tyle nie pisze, bo będą same Wróble - zauważa nagle pani Małgosia.

Jak jest ich tylu i działają, to trzeba - przekonujemy.

Wróble to w Wielbrandowie rodzina rozrośnięta.

Do rozmowy włącza się bratowa pani Małgorzaty, Janina Naschke. - Jestem z domu Naschke - mówi. - Pochodzę z rodziny niemieckiej. Moi dziadkowie mówili po niemiecku i po polsku. Mama prędzej policzyła po niemieckiemu jak po polsku. Ojciec poszedł na wojnę i już nie wrócił. Wyszłam za szewca Wróbla w 1958 roku, chociaż mama nie kazała. Nie podobał się.

Ale dlaczego? Szewc to był we wsi pan.

- Nie podobał się z nazwiska. Mąż miał zakład w Skórczu. Robił porządne buty. W ogóle kiedyś but wytrzymywał dłużej. Mąż zrobił jedne buciki, które nosiły po kolei wszystkie dzieci. Mój dziadek też był szewcem. Ojciec brukarzem, a mama krawcową.

Hm... Takie buty...
- W czasie wojny mieszkańcy wsi musieli kapliczkę pod przymusem rozebrać. Rozebrali i przenieśli do Falgowskich w kawałkach. Po wojnie postawili nową. Z tamtej udało się uratować figurę Matki Boskiej, ale bez rączek. Próbowaliśmy je dorobić, odlać. Kiedyś kapliczką opiekowała się ciocia, a teraz ja, gdy się tu wprowadziłam.

Tak tu ludzie bezgranicznie wierzą w Pana Boga?

Małgorzata Wróbel nie chce się wdawać w dywagacje tej natury. Dla niej Bóg istnieje wszędzie, a przede wszystkim w obrzędach i tradycji.

- W sobotę o 19.00 mamy mszę świętą. Na majowe ludzie też przychodzą. Raz mniej, raz więcej, ale się modlą.




- Te co nie chodzą, to nie chodzą, aż coś się stanie - wtrąca pani Janina.

A potem rozpoczyna się taki dyskurs.

- Jak ktoś we wsi umrze, to cała wieś powinna uczestniczyć w pogrzebie, bo to jest ostatnia przysługa.

- Iść za tym zmarłym, to przeważnie idą, chociaż jedne mówią, że po co iść, kiedy on już za nimi nie pójdzie.

- My mamy wpojone od dziecka, że należy chodzić do kościoła i się modlić. Kiedyś mama chodziła do Skórcza pieszo na roraty. Ja aż taka nie jezdem, ale nie powiem, że nie chodzę. Jezdem rada, że mogę coś zrobić i się przysłużyć. W kościele (w świetlicy, gdzie odbywają się msze - red.) każdy ma swoje obowiązki. Bratowa zajmuje się ornatami, a ja noszę kielich, chusteczki i koszyk do pieniędzy.

Daje się jednak usłyszeć nutkę obawy.

- Jak z naszego rocznika wymrą, to nie będzie mszy, bo nikt się tym nie zajmie.

Ale w to, kiedy już tak mówimy o wierze, nie chce się wierzyć.


Wysłany przez kociewiak opublikowano czwartek, 17 czerwiec, 2004 - 13:59 Ma święta cały czas Artykuły

WIELBRANDOWO, GM. SKÓRCZ. Po Bożym Ciele wpadliśmy, zabiegani w codzienności, w jakiś taki świątobliwy, refleksyjny nastrój. Małgorzata Wróbel, opiekunka bożej męki w Wielbrandowie, nie potrzebuje świąt. Ona, pogodna kobieta, w takim

Pani Małgorzata mieszka w domu z czerwonej cegły przy wielkim zakolu szosy w centrum wsi. Dom musi być wiekowy, bo szosa leży znacznie wyżej od jego fundamentów. Po drugiej stronie asfaltu lśni w słońcu świeżą farbą boża męka.

Kobieta mieszka tu od 1938 roku. Dom stary, starożytny niemal, ale dało się go funkcjonalnie przerobić. - Tak zrobiłam mieszkanie, że mogę chodzić z tej strony, od szosy, i z drugiej - mówi wesoło pani Małgorzata.

Na co dzień opiekuje się bożą męką. Ostatnio kupiła farby. Odmalował syn Janusz, malarz. Ryszard Plutowski, Jerzy Wróbel i Wiesław Ciesielski zrobili płotek i też pomalowali.

- Pan tyle nie pisze, bo będą same Wróble - zauważa nagle pani Małgosia.

Jak jest ich tylu i działają, to trzeba - przekonujemy.

Wróble to w Wielbrandowie rodzina rozrośnięta.

Do rozmowy włącza się bratowa pani Małgorzaty, Janina Naschke. - Jestem z domu Naschke - mówi. - Pochodzę z rodziny niemieckiej. Moi dziadkowie mówili po niemiecku i po polsku. Mama prędzej policzyła po niemieckiemu jak po polsku. Ojciec poszedł na wojnę i już nie wrócił. Wyszłam za szewca Wróbla w 1958 roku, chociaż mama nie kazała. Nie podobał się.

Ale dlaczego? Szewc to był we wsi pan.

- Nie podobał się z nazwiska. Mąż miał zakład w Skórczu. Robił porządne buty. W ogóle kiedyś but wytrzymywał dłużej. Mąż zrobił jedne buciki, które nosiły po kolei wszystkie dzieci. Mój dziadek też był szewcem. Ojciec brukarzem, a mama krawcową.

Hm... Takie buty...
- W czasie wojny mieszkańcy wsi musieli kapliczkę pod przymusem rozebrać. Rozebrali i przenieśli do Falgowskich w kawałkach. Po wojnie postawili nową. Z tamtej udało się uratować figurę Matki Boskiej, ale bez rączek. Próbowaliśmy je dorobić, odlać. Kiedyś kapliczką opiekowała się ciocia, a teraz ja, gdy się tu wprowadziłam.

Tak tu ludzie bezgranicznie wierzą w Pana Boga?

Małgorzata Wróbel nie chce się wdawać w dywagacje tej natury. Dla niej Bóg istnieje wszędzie, a przede wszystkim w obrzędach i tradycji.

- W sobotę o 19.00 mamy mszę świętą. Na majowe ludzie też przychodzą. Raz mniej, raz więcej, ale się modlą.




- Te co nie chodzą, to nie chodzą, aż coś się stanie - wtrąca pani Janina.

A potem rozpoczyna się taki dyskurs.

- Jak ktoś we wsi umrze, to cała wieś powinna uczestniczyć w pogrzebie, bo to jest ostatnia przysługa.

- Iść za tym zmarłym, to przeważnie idą, chociaż jedne mówią, że po co iść, kiedy on już za nimi nie pójdzie.

- My mamy wpojone od dziecka, że należy chodzić do kościoła i się modlić. Kiedyś mama chodziła do Skórcza pieszo na roraty. Ja aż taka nie jezdem, ale nie powiem, że nie chodzę. Jezdem rada, że mogę coś zrobić i się przysłużyć. W kościele (w świetlicy, gdzie odbywają się msze - red.) każdy ma swoje obowiązki. Bratowa zajmuje się ornatami, a ja noszę kielich, chusteczki i koszyk do pieniędzy.

Daje się jednak usłyszeć nutkę obawy.

- Jak z naszego rocznika wymrą, to nie będzie mszy, bo nikt się tym nie zajmie.

Ale w to, kiedy już tak mówimy o wierze, nie chce się wierzyć.


Wysłany przez kociewiak opublikowano czwartek, 17 czerwiec, 2004 - 13:59

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz