piątek, 4 sierpnia 2006

siedlisko w Smolągu

SMOLĄG, GM. BOBOWO. Przyjeżdżają z dużych miast i - przykro pisać - pokazują, co mamy cennego i jak można o to zadbać

Droga do Smoląga
to ciąg przygód dla oczu. Najpierw, jeszcze w Bobowie, ogląda się ruiny Mięso-Polu, zatrudniającego na początku lat 90. kilkadziesiąt osób zakładu masarskiego. Potem mija się ładnie odnowioną poniatówkę, pokazywaną chętnie w materiałach promocyjnych powiatu. Na którymś tam kilometrze szok - pałac na Smolągu, klasyka pegeeryzacji tego typu obiektu (opiszemy to kiedy indziej). Tu zdejmujemy wielkiego kozła, który wygrzewa się w słońcu i udaje lwa. I wreszcie jest poszukiwany obiekt - Gospodarstwo Wiejskie "Babie Lato".

Poniatówka z niebieskimi okiennicami

to obrazek zupełnie zaskakujący. W środku też zaskoczenie. Zofia Wajcht nie kryje zadowolenia, że podobają nam się oryginalne obrazy, a zwłaszcza ładnie kontrastujące z bielą ścian czarno-białe rysunki i grafiki. Jej męża, marynarza Andrzeja Wajchta nie ma - pływa gdzieś teraz na morzach i oceanach.
- Widzę tu piękno
- mówi pani Zofia. - Widzę tu piękno, choć nie jestem ze wsi, ba, całe życie mieszkaliśmy w Gdańsku. W dniu ślubu mąż powiedział, że prędzej czy później przeniesie się na wieś. Potem długo szukaliśmy jakiegoś miejsca. Miało być daleko od drogi, od ludzi, coś małego. Obejrzeliśmy wiele miejsc. Na Kaszubach nic nie wybraliśmy, bo nie chcieliśmy, żeby było blisko Gdańska. Mielibyśmy naloty. To miejsce znaleźliśmy w 1991 roku, przez ogłoszenie w "Dzienniku Bałtyckim". Jakiś czas przyjeżdżaliśmy tu na wakacje. Teraz już mieszkamy. Dopiero w tym roku zostałam zaakceptowana przez tutejszych. Po czym tak sądzę? Bo mieszkańcy mówili o mnie na przykład "ona", a nie "sąsiadka", a generalnie to mówili "marynarkowa". Teraz jest inaczej.
Wszystko jest tu
z pietyzmem odnowione. Mąż pani Zofii interesuje się wieloma tematami, między innymi i architekturą. I wszystko wie. Jak usłyszał "poniatówka", to od razu sięgnął po księgi. No i w efekcie jest jaka jest, czyli piękna. I robi wielkie wrażenie. Byli już oglądać ze starostwa, byli tez architekci. Ci ze starostwa pytali, czy mogą umieszczać zdjęcia domku w folderach. Oczywiście pani Zofia wyraziła zgodę. W końcu dom buduje się miedzy innymi po to, żeby budził podziw innych. W czasie remontu Wajchtowie starali się jak najmniej zmieniać, aby prawie wszystko było oryginalne. Rzecz jasna trzeba było zmienić instalacje, częściowo gliniany tynk (tam gdzie jest, ściana jest ciepła!), a górę ocieplić wełną.
Obejście ma kategorię
siedliska. Dzięki temu można było je rozbudować. A duża powierzchnia tu się przydaje nie tylko ze względów estetycznych. W gustownej i niewiarygodnie czystej w środku stajence stoją dwa konie na emeryturze. Mają za sobą ciężki wyczyn w Sopocie. Jeden ma chore nogi, a drugi astmę. Pani Zofia je bardzo lubi, one ją też. Kiedy wchodzimy, jeden obraca się zadem, by go klepnąć. Taki jest do pieszczot. Konie uwielbia również córka Wajchtów, plastyczka z wykształcenia. Oczywiście można sobie na nich pojeździć, ale spokojnie, bez zmuszania do wysiłku. Jednego można zaprząc nawet do bryczki, która stoi gdzie indziej.
Posesja
jest bardzo zadbana, trawniki przystrzyżone, piasek, tam gdzie jest, zagrabiony. Zupełnie jak w japońskich ogrodach, gdzie się grabi w rozmaite szlaczki, by potem usiąść nad nimi i szukać spokoju. W jednej z części specjalnie wydzielono miejsce na stare maszyny rolnicze. Są ładnie wyeksponowane i dobrze zakonserwowane. W stodole też widać starocie - między innymi elementy starej sieczkarni, szuńdy, uprząż dla koni. - Na początku nie bardzo rozumiałam tych ludzi, ich mowę. Na przykład ktoś mówił mi o grapach - małych, dużych, a ja myślałam, że chodzi o dłonie, bo mówią przecież graby. Było też odwrotnie. Pytałam o fajerki do kuchni, a pani nie wiedziała o co chodzi. Kiedy pokazałam, powiedziała, że to rynki.
Obok poniatówki
stoi nowy dom, już prawie wykończony. Ładny, parterowy, rozłożysty. - Ludzie tu trochę podpatrują. Zaczynają tu mówić o pięknie i porządku - zauważa pani Zofia.

;@ A co będzie w poniatówce, kiedy się pani przeprowadzi do nowego? Może gospodarstwo agroturystyczne?

- To byłby ostatni kawałek chleba, żebym musiała tu uprawiać agroturystykę... Myślałam o hodowli ślimaków, ale okazało się, że to nie jest takie proste. Teraz myślę o uprawie wierzby ekologicznej. W Unii jest teraz szał na ekologiczne ogrzewanie. Unia zwraca za sadzonki i przez 20 lat płaci za pielęgnację. Tak samo jak za to, że nie produkujemy za dużo żywności, bo jest jej nadmiar.

Hm... Unia. Na środku siedliska stoi wielki maszt. Dumnie powiewają dwie flagi - polska i unijna. - A jak ma być! Kiedy było referendum, to jedynie u mnie była....

Droga ze Smoląga

to ciąg przygód dla oczu. Z 200 metrów dalej w krzakach stoi następna poniatówka. Ta nie ciszy oczu. Pomalował ją ogień.

pokazują, co mamy cennego i jak można o to zadbać

Wysłany przez kociewiak opublikowano środa, 02 czerwiec, 2004 - 10:45

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz