sobota, 12 sierpnia 2006

Stanisław Guz w Smolnikach

Dwa tygodnie temu Stanisław Guz, autor dwóch książeczek o wsiach borowiackich w gminie Lubichowo, wspominał Wdecki Młyn. Był tam w czasach jego dzieciństwa wielki majątek. W 1934 roku autor wspomnień, urodzony w 1928 r., przeprowadził się z Wdeckiego Młyna do pobliskich Smolników - dzisiaj pięknej wsi turystycznej. Poczytajmy, jaka ona była przed wojną.


Smolniki przed wojną Artykuły


Sklep

W 1934 roku przeprowadził się pan wraz z rodziną z Wdeckiego Młyna do Smolników. Dlaczego ta przeprowadzka? Przecież pana ojciec Jan był zarządcą majątku, a to poważna funkcja...
- Przeprowadzaliśmy się jesienią 1934 roku jesienią. Przyczyna przeprowadzki? Otóż panowie dzierżawcy (majątek był państwowy - przyp. red.) roztrwonili pieniądze i nie mieli na wypłatę dla pracowników. Ojcu się to nie podobało i postanowił otworzyć sklep w Smolnikach. Miała go prowadzić moja matka, Helena.

Pana ojciec wracał z Wdeckiego Młyna do swojej rodzinnej miejscowości. Miał tam dom?
- Nie miał. Sklep i mieszkanie wydzierżawił od Grabana, mieszkającego w leśniczówce w Młynkach. Jego dom był dostosowany typowo do sklepu. Mieściła się też w nim sala taneczną. Na część mieszkalną składały się trzy pokoje i kuchnia. Do sklepu wchodziło się przez tę salę. Rodzice, jak już mówiłem, dzierżawili ten sklep. Minęło tyle lat, w tym samym domu sklep istnieje i dzisiaj, tyle że w nieczynnej wówczas stolarni.

Kino

W sali oczywiście odbywały się wiejskie zabawy...
- Nie tylko. Przed wojną zajeżdżało do nas objazdowe kino. Ale pierwszy film w życiu widziałem w szkole w Ziemianku. Przyjechał pan rowerem, z dużą walizką. Wyjmował sprzęt, obsługiwał aparaturę. Film był niemy, taki zestaw obrazów. Dobrze nie pamiętam, co przedstawiały. Chyba pokazywały pajace. Potem chłopcy wyjeżdżali z wózkiem do Wdy po nieco większą aparaturę. Przyjeżdżał inny pan do naszej sali. Wpuszczał do środka i coś kasował, ale nie od nas. Chłopców wpuszczał za darmo, bo kręcili tą aparaturą. Ja i dwaj moi bracia Janek i Franek też jeździliśmy. Miałem wtedy siedem lat.

Wioski

Do szkoły chodził pan do Ziemianka. Dzisiaj to część Smolników. Przed wojną były dwie wsie?
- Zdecydowanie dwie, Ziemianek i Smolniki. Wsie... Były malutkie. Ponoć przed pierwszą wojną Smolniki całe się spaliły. Pozostały trzy stare domy. Dom Maksa Cherka, stojący naprzeciwko sklepu, dom Witkowskiego, stojący jako ostatni i dom Orłowskiego na górce. Wszystkie inne domy pod strzechą się spaliły. Zbudowano w tym samym miejscu nowe, z cegły, kryte papą. Jedynie dom Grabana był przykryty dachówką. Wymagano tego od właścicieli budynków sklepowych. W sumie domów było w Smolnikach zaledwie dwanaście.

Pisze pan w swoich książkach o życiu we Wdeckim Młynie, Smolnikach i Ocyplu z niesamowitą dokładnością. Przywołuje pan z pamięci najdrobniejsze szczegóły. A przecież był pan wtedy dzieckiem. Jak to możliwe?
- Jakoś inaczej na wszystko spoglądałem. Dostrzegałem to, czego inni nie widzieli albo uważali, że to nieistotne.

Praca

Smolniki dzisiaj to daczowisko. Od ładnych paru lat nikt się nie urodził. Wieś wymiera między innymi dlatego, że nie ma pracy. Przed wojną była tam praca?
- Ludzie wyjeżdżali do pracy. Organizował ją Orłowski, akortnik (tak nazywano takiego człowieka). Jeździł na przykład do Wolnego Miasta Gdańsk i tam organizował ludziom sezonową pracę, na przykład od marca - kwietnia do października. Potem wracali. Stąd też mieli pieniądze, na przykład na wzniesienie domów po tym pożarze. Z tych terenów sporo mężczyzn jeździło też na Pomry - tak określano rolne obszary między Słupskiem a Stargardem Szczecińskim - i na Zaksy - to było określenie Niemiec bardziej na południe.


Mężczyźni jeździli tam też przed I wojną światową, zostawiali rodziny, wracali, tu się budowali. W okresie międzywojennym w Smolnikach takie wyjazdy organizował Orłowski, o czym już wspomniałem. W Ocyplu było więcej akortników: Suwalski, Glaza... Orłowski zginął z żoną i córką. Podczas okupacji gospodarzył na Żuławach. W styczniu 1945 roku zdecydował się z rodziną, córką i żoną, na wyjazd do Niemiec. Był na ostatnim statku, który wypłynął z Gdańska i który został zatopiony. Z tej rodziny wojnę przeżył jeden z synów, Anastazy.

Krzyż

Ziemianek, dzisiaj część Smolników, leży w dole. Był większy od Smolników?
- Liczył osiemnaście domów, numerów. Leżał w odległości pół kilometra. Miał swój krzyż. Każda wieś miała swoje krzyże. Każda chodziła do swojego w maju na różaniec. Blisko naszego krzyża mieszkał Jabłoński, który ten różaniec przodkował. Kiedy jego nie było, przodkował mój ojciec Jan Guz.

Szkoła

W Ziemianku też był sklep?
- Nie, sklep był w Smolnikach. Za to tam była szkoła, do której chodziłem dwa lata, do pierwszej i drugiej klas. Nauczycielem był Szczech. Jego syn pracował w Lubichowie na gminie. Po wrześniu 1939 r. Szczecha, jak wielu innych nauczycieli, zabrali Niemcy i go wykończyli. Na tej szkole była tablica. Człowiek, który kupił ten budynek poszkolny, ją zlikwidował. Tak nie powinno być...

Chodził pan w Smolnikach do pierwszej i drugiej klasy. Jak wyglądały lekcje?
- Pierwsza i druga klasa przychodziły na godzinę jedenastą lub dwunastą. Siadały w pierwszych dwóch ławkach. Reszta ławek była dla klas starszych, od trzeciej do siódmej. Nauczyciel zadawał nam jakieś pisanie i czytanie, i prowadził lekcję z tymi starszymi.

Uczył wszystkie klasy na raz!
- I dawał sobie radę. Czasami były jakieś wybryki, ale ucinał je krótko. Raz te starsze poszły jesienią do lasu narwać liści i ściąć leszczynowe pręty. Wróciły po przerwie, którą same sobie przedłużyły. Mój nauczyciel się troszeczkę zdenerwował, że poszły bez jego wiedzy. Wyłowił prowodyrów, przekładał ich przez ławkę i każdy dostał kijem na spodnie. Na oczach wszystkich. Kiedy lał ostatniego, złamała mu się trzcinka. Wziął jeden z kijów, który tamci przynieśli. Jak on się na tej ławce obracał na brzuchu...

Jezioro

W Smolnikach jest jezioro, niestety teraz zarośnięte i bez plaży. Jak było przed wojną?
- To jezioro oddzielało jedną wieś od drugiej. Kiedyś było czystsze. Odchodził z niego strumyk, przecinający drogę od szkoły do lasu, w miejscu, gdzie mieszka rodzina Nogów. Bywało, gdy w rzeczce robiła się wysoka woda, że jezioro się troszeczkę zwiększało. A po bagrowaniu robił się większy odpływ i jezioro siadało. Brzegi były jak dzisiaj - trzęsawiska, łachy, dno muliste. Do kąpania jest fragment od strony północnej, jak się jedzie z Wdy do Osieka.

Towar

Pana mama sprzedawała w sklepie. A ojciec?
- Ojciec był handlarzem i skupował po wioskach produkty. Był jednym z zamożniejszych ludzi. A towar na miejsce dostarczali hurtownicy: Ewald Janke Gniew Pomorze - hurtownia kolonialno-spożywcza, Krzymański - Chęćka Starogard, hurtownia mieszcząca się tam, gdzie dziś stoją budynki straży pożarnej.

Przy ul. Kościuszki przy rondzie? Tam gdzie stoi stary wóz strażacki?
- Tak, właśnie tam. Mieli restaurację, sklep, hurtownię. Okazały dom został zburzony w czasie wojny... Te dwie firmy konkurowały z sobą. Jeździł też samochód ze słodyczami Lukullus - taka była nazwa cukierków i czekolad. Wszyscy przejeżdżali na miejsce. Hurtownia Janke Gniew Pomorze dawała towar na kredyt. Wcześniej zawsze w środę przyjeżdżał samochodem osobowym z Gniewu wojażer. Zamawiał towar i kasował za towar przywieziony w ubiegłym tygodniu.

Asortyment

Co było najbardziej chodliwe?
- Smalec. Przywożono go w skrzyniach. "Czysto wieprzowy smalec krajowy". Potem chleb.

Miejscowi nie robili smalcu?
- Miejscowi mieli dużo krów, bo nie brakowało łąk. Wyrabiali masło, z którym jeździli do Tczewa... W każdym domu były krowa, a nawet dwie czy trzy. Mieli też mleko, śmietanę, twaróg... Bardzo chętnie kupowano w sklepie śledzie - "konie", czyli te duże, matiasy - mniejsze i droższe. Kupcy już mieli je przeważone. Ludzie mówili do matki: "A nich pani wleje śledzionki (śledziowej wody)". Po co im to było? Ano dodawali troszeczkę do picia dla krowy, żeby chętniej piła. A czemu gospodarz soli siano? Żeby nie pleśniało i krowy chętniej je jadały.

Nic się nie marnowało. W Ocyplu i w innych wsiach, gdzie były rzeźnie, dawali wurstzupę... Oczywiście kupowali też chleb, pomimo że w każdym domu był piekarnik do pieczenia chleba. Pod kuchenną płytą piekło się drożdżówki, placki, szandary, inaczej blacharze, grucholce. Nie, to nie były placki ziemniaczane, które smaży się na patelni. Chleb przywoził co drugi dzień z piekarni w Lubichowie pan Piotrzkowski. Miał konika i specjalny wóz z półkami. Nakładał dwukilowe bochenki, bułki, szneki, amerykany, na święta brukowce (ciemne, krojone ciasto w foremkach). Jechał po kolei po wsiach. Tak samo było z lemoniadą.


Produkowała ją pani Lewandowska w piwnicy domu Kazika Szefera. Była szczupłą, wysoką kobietą. Wdowa, sama prowadziła biznes. Siedziała w piwnicy i produkowała. Oranżada miała kolor żółty, zielony i czerwony, a smakowała tak samo. Córki pani Lewandowskiej podobnie jak piekarz objeżdżały teren, tylko rzadziej, raz w tygodniu, najczęściej w piątek albo sobotę. Miały konika i wóz na piórkach. Bardzo smakowała ta oranżada. Była mocno gazowana.

A piwo było?
- Jasne i ciemne. Dostarczał browar w Skórczu (chociaż tam mogła być tylko rozlewnia). Pili wieczorami i raczej w sklepie.

Widać z tego, że to był cały system dostaw towaru.
- Był. Wszyscy najczęściej objeżdżali trasą: Luichowo - Zlegoszcz - Wielki Bukowiec - Drewniaczki - Wda - Czarnylas - Ocypel - Osowo - Borzechowo - Libichowo.

Był towar, czyli pieniądz krążył.
- A krążył. Mama siedziała w sklepie od rana do wieczora.

Śmierduch

Wróćmy na zakończenie do poprzednich wspomnień. Napisał pan na mapie Wdeckiego Młyna "śmierduch". Co to takiego?
- Śmierduch... Tak nazywaliśmy pola i łąki należące do majątku. Skąd nazwa? Na tym śmierduchu, ale nie tylko, również nad rozległymi bagnami i rowami, które odprowadzały wody, i nad torfkulami (miejsca, gdzie wydobywano torf) ulatniał się gaz widoczny w ciemnościach. Warunek tylko był taki, żeby wiatr wiał w tym samym kierunku, w jakim biegła woda w rowie. Zjawisko to nazywane jest też na tych terenach "świecznikiem". Najczęściej występuje to latem, kiedy jest cieplej. Gaz ulatnia się z tego bagna, z tego smrodu. To tak wygląda, jakby ktoś szedł z dużą świecą. Jak jest silny wiatr, to tego nie będzie. Ludzie mówili, że to chodził smętek, czar, diabeł.

Tadeusz Majewski, Dorota Skolimowska
Fot.
1. Jan Guz w młody wieku. Repr. Tadeusz Majewski
2. Z albumu rodzinnego. Jan i Helena Guz - lata dwudzieste.
3. Jan i Helena w starszym wieku. Repr. Tadeusz Majewski

Za magazynem Kociewiak - piątkowe wydanie Dziennika Bałtyckiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz