wtorek, 10 maja 2005

Wymieniam ich w modlitwie

Grabowo - centrum. Kościółek z XVI w., przy nim cmentarzyk, nic nie znacząca szosa przelotowa, dwa sklepiki z sennymi ekspedientkami, na półkach czarny Special - piwny król.






Grabowo - szerzej: jeziorko, melancholia morenowych wzgórz i wtopionych w nie pojedynczych gospodarstw. Kto by tam chciał wędrować przez tę wioszczynę. A jednak. Na to miejsce zawzięły się największe armie świata - napoleońska, hitlerowska, radziecka. Przechodziły właśnie tędy. Gorzej - pukały do siebie w Grabowie i okolicach na całego. Część żołnierzy została tu w ziemi. Razem z mieszkańcami.

Wymieniam ich w modlitwie

Cmentarzyk. Wśród pomników wielka płyta. Sporo nazwisk. Różne daty urodzenia, jeden dzień śmierci. Napis "Zamordowani przez hitlerowców".
I cóż w tym niezwykłego? - ktoś zapyta. - Przecież takich płyt są tysiące. Ale ta płyta kryje niezwykłą historię. Zróbmy zbliżenie na rok 1945. Jak w filmie, bo to się nadaje na film, przynajmniej dokument.

Luty - 1945 rok
Wojska II Frontu Białoruskiego stoją na południu powiatu starogardzkiego. Niemcy - wzdłuż Wdy. I w Grabowie. Jeszcze nie pukają do siebie. To dopiero się zacznie. Na razie jest cisza. Wcześniej - na rozkaz - ewakuowały się rodziny niemieckie. Polskie zostały. Kobiety warzą strawę, dzieciaki zakładają łyżwy, starcy siedzą przy piecach w półdrzemce, próbując wyłowić przedzapachy wiosny. Mężczyzn w wieku produkcyjnym brak - są na frontach Europy.
Jedno z dzieci patrzy w niebo. Samoloty. Patrzy z zaciekawieniem. Nagle świst i huk. Chłopak porzuca łyżwy, biegnie do domu. Tu też panika. Gdzie się skryć? I koniec bombardowania. Już wiedzą, że to wstęp. Zbierają się, dyskutują. Piwnice w zwartej wsi są za słabe. Solidną, dwukomorową, z żelbetonowym stropem ma rolnik Piotr Mazurowski. Biorą odzież, pościel, zapas żywności. I idą -może z kilometr od zwartej części wsi. Trzydzieści osób. Posiedzą w tej piwnicy, przeczekają front.
Piwnica rzeczywiście jest solidna. Przy schodach kładą co się da.
Mijają dni - ciągle kanonada. W przerwach, wieczorem albo rankiem, kiedy znużone armie drzemią, kilku z nich wychodzi. Trzeba nakarmić pozostawione zwierzęta. Schron staje się ich domem. Siedzą trzy tygodnie.
Któregoś dnia przez uchylone drzwi piwnicy słychać głośne rozkazy. Niemcy ustawiają na podwórku wielkie dzieło. Znaki na mundurach - dywizja pancerna "Herman Goering".
Żołnierze odkrywają piwnicę. Schodzą na dół. Uważnie oglądają strop. Nie dziwią się, że siedzi tu tylu ludzi.
Wzmaga się ogień z południa. Niemcy biegną do piwnicy. Jest ich osiemnastu. Teraz w piwnicy siedzi 48 osób. Radzieckie armaty walą coraz częściej i bliżej. Kobiety tulą płaczące dzieci i szepczą modlitwy. Boją się, również żołnierzy.
Czas długo biegnie, odmierzany wybuchami. Niemcy proszą o jedzenie. Dostają herbatę, zupę. Posilają się z tych samych naczyń. Wspólny strach wyzwala ludzkie reakcje. Krótkie rozmowy. Gefrajter pokazuje zdjęcie swojej drogiej Mutter, inny fotografię swoich dzieci. "Meine Kinder" - mówi.
Rano 28 lutego atak Rosjan sięga apogeum. Obsługa niemieckiego działa wcale nie opuszcza piwnicy. Mieszkańcy Grabowa nie widzą, jak płoną ich gospodarstwa (wieś spłonęła w 80 procentach - napiszą później powojenni statystycy). Może i dobrze - oczy nie widzą, serce nie boli.
W tej kanonadzie słychać, jak ktoś szarpie się z drzwiami. Do piwnicy wpada światło zimowego słońca. Goniec. Polacy wyławiają słowa rozkazu: "Wycofać się. Natychmiast!".
Niemieccy artylerzyści wypadają na podwórko. Chciałoby się uciekać jak najszybciej, ale trzeba jeszcze wziąć armatę.
Pomimo że ściany piwnicy drżą od wybuchów, w oczach kobiet pojawia się nadzieja. Nagle trzech niemieckich żołnierzy wpada po piwnicznych schodach do środka. Zapomnieli coś zabrać?
Seria karabinu. Ludzie padają na zimę. I ogień z miotacza. Płomienie rosną w mgnieniu oka. Palą się złożone przy drzwiach piwnicy przedmioty. Rozdzierający krzyk płonących ludzi. Jedyne wyjście zostało zablokowane ścianą ognia. Jakaś oszalała ze strachu dziewczyna skacze w tę ścianę. Znika.
W tym piekle nagle widać, że ktoś (kto? - żołnierz, ktoś z Grabowa, a może anioł?) otwiera zakryte zamarzniętym obornikiem piwniczne okienka. Widzi to 15-letni Jan Staniszewski. Szybko się podciąga, wydostaje na zewnątrz. Za nim 17-letni Olgierd Lech. Obaj szybko odsłaniają drugie okienko i pomagają wyjść siostrze Janka - Annie, potem 10-letniemu chłopcu (nazwisko nieznane) i Anusi Kalitkowskiej. Wołają: "Mamo, podaj Jerzyka". Wkładają kije, aby ktoś mógł je złapać. Ale stamtąd dochodzą tylko cichnące jęki. I buchają kłęby gryzącego dymu.
Jan i Anna Staniszewscy w jednej chwili stracili matkę Klarę (42 l.), babcię Janinę Śliwę (72 l.), trójkę młodszego rodzeństwa - Kazika (11 l.), Felicję (6 l.) i Jurka (4 l.). W płomieniach zginęli też Mazurowscy (matka - 42 l. i jej dzieci Mieczysław - 11 l., Jadwisia - 10 l., Franek - 9 l., Halinka - 8 l.), rodzina Trederów - Julianna - 73 l., Waleria - 42 l., Józefa - 37 l., Krysia - 15 l. Inni: Waleria Mokwa - 30 l., Barbara Kitta - 81 l., Franciszka Kitta - 82 l., Celina Kitta - 9 l., Elżbieta Kalitowska - 26 l. Bronisław Kalitowski - 13 l., Marianna Kalitowska - 64 l. i Anna Kramkowska lat (?).
Chłopcy, kiedy przeszedł front, wracają do piwnicy. Znajdują sterty łusek po nabojach, zwęglone kości, w kącie zwęglony dziecinny bucik.
Żołnierze z dywizji "Herman Goering" zabili kilkadziesiąt osób, z którymi wcześniej siedzieli w piwnicy, jedli z tych samych naczyń.

Te wydarzenia, opowiedziane na podstawie ustaleń Aliny Łobockiej - Narloch, Janusza Marszalca, mieszkańców wsi i ks. dziekana kanonika W. Kalkowskiego, wydają nam się mało prawdopodobne, zbyt - może to słowo zabrzmi tu dość dziwnie - nieludzkie.
Jak było naprawdę?

Szerzej o tym czytaj: http://www.kociewiacy.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=732

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz